niedziela, 5 grudnia 2010

Muzyczne rozkosze - # 4


Lech Janerka to bezapelacyjnie mój numer jeden jeśli chodzi o polską muzykę. Jest tak od chwili, gdy jeszcze w latach 80. kupiłem czarny krążek Klausa Mitffocha. Do tej jednak pory Janerka nie miał w dyskografii koncertu z prawdziwego zdarzenia (poza krótkim, akustycznym występem dla Radia Łódź, wydanym na płycie w 1993 roku). Sytuacja wreszcie się zmieniła - za sprawą DVD z cyklu Najmniejszy koncert świata (który to cykl prezentuje także innych wykonawców). Na płycie znalazło się 20 utworów z większości Janerkowych płyt (szkoda, że zabrakło choć po jednym kawałku z płyt Ur i Bruhaha, ale nie umniejsza to jakości występu). Co ważne, Lech ma dwóch nowych muzyków w składzie (tradycyjnie perkusistę i gitarzystę), którzy radzą sobie znakomicie i wnoszą powiew "inności" do kompozycji lidera. Koncertu słucha się rewelacyjnie, ogląda jakby troszkę mniej - chyba za sprawą zbyt inwazyjnego oświetlenia. Całość wydana została w schemacie - płyta + książeczka. Tekst interesujący, zdjęcia koncertowe. Redakcja mogła postarać się o pełną dyskografię, ale w końcu ten kto się interesuje, ten się dowie.

Joe Satrianiego lubię pewnie krócej niż Janerkę i pewnie trochę mniej, ale na tyle mocno, żeby kupić jego ostatni krążek. Black Swans And Wormhole Wizards nie zawodzi - jest rockowo, momentami bluesowo, melodyjnie, oczywiście wirtuozersko, ale bez przekraczania granic dobrego smaku i jak na gitarowe granie - w niektórych utworach całkiem "klawiszowo". Przyjemnie się tego słucha.

Dwupłytową składankę Ultra Electro wygrzebałem w małym muzycznym antykwariacie w Lizbonie. Rzecz nienowa, ale warta zwrócenia uwagi. Kompilację przygotował amerykański didżej David Waxman z Ultra Records. Pierwszy krążek to świetnie ułożone w jeden długi set utwory uznanych marek, takich jak Gorillaz, Depeche Mode, New Order, Ladytron, Moby, Goldfrapp czy Royksopp. Trudno ustać w miejscu słuchając tego zestawienia. Na drugim krążku wykonawcy mniej znani, ale wiedzący, co zrobić, aby spowodować energiczny ruch na parkiecie. Niemal dwie godziny znakomitej zabawy!

I na koniec Alice In Chains. To jedyny zespół, który zaintrygował mnie w dobie grunge'u (może jeszcze trochę Soundgarden), i którego chętnie słucham do dziś. Brakowało mi dwóch EP-ek AiC - Jar Of Flies i SAP, więc gdy zobaczyłem ich specjalne wydanie w jednym pudełku, nie mogłem się oprzeć. Raptem 11 kawałków na dwóch krążkach, ale jak to jest zagrane i zaśpiewane! Muzyka tylko dla optymistów. :)

poniedziałek, 22 listopada 2010

MFKiG sfilmowane!

Mamy już film z 21. edycji Międzynarodowego Festiwalu Komiksu i Gier. Miłego oglądania! A za rok festiwal między 30 września a 2 października.

niedziela, 21 listopada 2010

Muzyczne rozkosze - # 3


Dziś monotematycznie, czyli depeszowsko. Powodów ku temu nie brakuje. Przede wszystkim światło dzienne ujrzały dwa wydawnictwa dokumentujące ostatnią trasę koncertową Depeche Mode. Tour Of The Universe: Barcelona 20/21.11.09 to oficjalny zapis dwóch występów DM w stolicy Katalonii. Ukazał się w kilku formatach, ja nabyłem wersję 4-płytową, czyli dwa krążki DVD i dwa krążki audio. Podstawowa refleksja - zespołowi udało się utrzymać zasadę "nigdy nie wchodzimy dwa razy do tej samej rzeki". Tak w przypadku kolejnych płyt studyjnych, jak i obrazów koncertowych. Sposobem filmowania i montażem Barcelona nie przypomina żadnego wcześniejszego "live" DM. I za to ma dużego plusa. Podczas pierwszego oglądania przeszkadzała mi właściwie tylko jedna rzecz - mało dynamiczny montaż. Ale już mi nie przeszkadza. Znakomitym manewrem było natomiast pokazanie tego, jak wyglądają w dzisiejszych czasach koncerty, nie tylko DM, ale w zasadzie wszystkie. O tym, że żyjemy w dobie cyfrowych gadżetów, Youtube'a, Facebooka i blogów mówią świetne ujęcia publiczności, pełne wciągniętych rąk trzymających komórki i aparaty. Może to nawet taka uszczypliwość ze strony reżysera koncertu - pokazuje fanom, że zamiast bawić się na koncercie swoich idoli, zacięcie rejestrują ich występ. Pierwsza płyta DVD Barcelony to oczywiście zapis koncertu. Na drugiej znalazły się m.in. sceniczne projekcje, zapisy prób, bonus tracki, cztery teledyski promujące ostatni krążek oraz film dokumentalny, z którego można wywnioskować, że DM nie jest już tak skore do koncertowania jak kiedyś.


Gdyby... No właśnie - gdyby fani nie wnosili na koncerty komórek, aparatów i kamer, nie mielibyśmy drugiego wydawnictwa "live" z ostatniej trasy DM. Jestem pod wrażeniem tego, co zrobili polscy depeszowcy. Po pierwsze - zarejestrowali dwa koncerty DM w Łodzi! Po drugie - użyli do tego wielu kamer. Po trzecie - nagrali bardzo dobry dźwięk. Po czwarte - pewien jegomość porządnie wszystko zmontował. Po piąte - inny jegomość przygotował smakowitą oprawę graficzną. Efekt jest taki, że mam w rękach najlepszy bootleg DM, jaki w życiu widziałem. I nie ma co porównywać Barcelony z Live In Łódź. Oba wydawnictwa świetnie się uzupełniają i to w zupełności wystarcza.


Niedawno byłem na zlocie fanów DM (powyższe foto by Kriss). Porządna impreza i jestem za tym, aby klub Blue & Home gościł też kolejne łódzkie czarne uroczystości. Świetne nagłośnienie, parkietu w sam raz, ciepło. Zostałem niemal do samego końca, więc zabawa musiała być dobra. :) A tak poza tym wszystkim, to cieszą wieści, że powstaje płyta DM z remiksami, w której paluszki maczają m.in. Vince Clarke i Alan Wilder. I że Gore z Clarkiem nagrywają razem taneczne kawałki. Oj, budzą się w chłopakach sentymenciki na starość. :)

czwartek, 11 listopada 2010

City Stories - Amadora BD - # 2


Festiwal Amadora BD trwa trzy tygodnie. Kumulacje atrakcji to oczywiście weekendy, ale praktycznie każdego dnia coś się dzieje, a na pewno codziennie przez 21 dni można oglądać świetnie przygotowane ekspozycje (za każdą odpowiadają inne osoby). Nie ma pośpiechu, biegania, kilku spotkań z autorami odbywających się jednocześnie. Po co, skoro wizyty krajowych i zagranicznych gości można rozłożyć na trzy kolejne weekendy. Wystawy łódzkiego MFKiG trwają co prawda i miesiąc, ale ułożenie programu nawet na dwa kolejne weekendy to rzecz raczej niewykonalna. Nie to, żebym nie dał rady :) - ale czy polscy miłośnicy komiksu przyjadą do Łodzi na dwa kolejne weekendy? Czy wydawcy i kolekcjonerzy wykupią stoiska na tak długo? Organizatorzy Amadory BD (podobnie jak ci z Angouleme czy Lukki) mają finansową stabilizację i zazwyczaj bez problemu mogą myśleć o każdej kolejnej edycji swojego festiwalu wiedząc, jakim budżetem dysponują. Ponadto Amadora i Angouleme mają swoje centra komiksu i to one spokojnie, przez cały rok pracują nad imprezami. Z kolei w Lukce organizacją festiwalu zajmuje się specjalny wydział przy urzędzie miasta. Włodarze Amadory, Angouleme i Lukki dawno temu doszli do wniosku, że komiks to jest coś, co wyróżnia ich miasta nie tylko na arenie krajowej, ale też europejskiej i światowej. Tym bardziej cieszy, że współpracują z łódzkim festiwalem i chcą gościć u siebie polskie wystawy i naszych autorów. Rozmowy o kolejnych wspólnych przedsięwzięciach - w toku.


Co ciekawe - rynek komiksowy w Portugalii nie jest wcale większy od polskiego. Takie sprawia przynajmniej wrażenie - część targowa Amadora BD jest znacznie mniejsza niż ta w Łodzi. A nowości, także zagranicznych twórców (nie licząc amerykańskiego i europejskiego mainstreamu), bywa, że ukazują się wręcz w mniejszych nakładach niż u nas. Owszem - patrząc na to, co dzieje się we Francji czy Belgii - możemy czuć zazdrość, ale wobec innych europejskich krajów nie powinniśmy mieć chyba żadnych kompleksów. Tak nasz komiksowy rynek, jak i łódzki festiwal.


I na zakończenie - kupiłem sobie w Amadorze rzecz znakomitą - 300-stronicowy, potężny katalog wystawy Moebiusa, którą można oglądać w Paryżu do marca 2011 roku (zgromadzono na niej ponad 400 prac artysty - od szkiców, przez grafiki i obrazy, po filmy 3D). Przepiękne wydanie - różne rodzaje i kolory papieru, wszystkie możliwe techniki tworzenia, przekrój przez całą twórczość Jeana Giraud. Jest w tym moc!

wtorek, 9 listopada 2010

City Stories - Amadora BD - # 1


Co tu dużo kryć - znowu udało nam się zrobić ładną wystawę polskiego komiksu za granicą. No, może nie w stu procentach polskiego, ale... może po kolei. Z portugalskim festiwalem Amadora BD nasza łódzka impreza komiksowa zaprzyjaźniona jest od kilku lat. W ubiegłym roku zrobiliśmy tam dużą, przekrojową wystawę pokazującą polskich twórców historii obrazkowych oraz rozpoczęliśmy przygotowania do polsko-portugalskiej edycji projektu City Stories. Kilka miesięcy temu padła propozycja zrobienia wystawy City Stories podczas tegorocznego Amadora BD. I tak, MFKiG wspólnie z Amadora BD zrobiły chyba jedną z najładniejszych wystaw pokazujących polski komiks (choć jak wspominałem - nie tylko polski, bo kto zna zasady City Stories, ten wie, że historie obrazkowe razem z Polakami tworzą rysownicy i scenarzyści z innych krajów).


Do Lisbony (z międzylądowaniem we Frankfurcie) dotarliśmy (my, czyli ekipa MFKiG) w czwartkowe popołudnie 28 października. Sztybor i Śledziu - polscy reprezentacji tegorocznej edycji City Stories - dolecieli dzień później. Zostaliśmy tam do 2 listopada. Organizatorzy wypełnili nam czas niemal co do minuty - poza pierwszym dniem, kiedy mieliśmy trochę swobody. Oprócz obowiązków festiwalowych w Amadorze (autografy Śledzia i Sztybora, sesje zdjęciowe, wywiady dla prasy i telewizji, oprowadzanie po wystawie, spotkania z ważnymi osobami portugalskiego świata komiksu, ale nie tylko) zaliczyliśmy dwie wycieczki po Lizbonie (m.in. z wizytą w muzeum sztuki współczesnej, w którym ja i Śledziu nieźle się bawiliśmy na wystawie Warhol TV) oraz z przyjemnością uczestniczyliśmy wraz z innymi zagranicznymi gośćmi w lanczach i dinnerach (trzeba przyznać - karmili nas znakomicie). W pamięci pozostaną nam też wieczorne wypady na Bairro Alto - ale to już działo się poza programem. :)


Wystawa w Forum Luis de Camoes, w którym odbywał się cały festiwal, składała się z dwóch części. W jednej pokazanych zostało pierwszych pięć edycji City Stories, a drugiej - ostatnia, polsko-portugalska. W pierwszej każdy z albumów reprezentowało osiem wybranych plansz (stworzonych m.in. przez Tomaszewskiego, Prokopa, Janusika, Będkowskiego, Gawronkiewicza, Koniora, Trusta, Frąsia i Piorunowskiego oraz rysowników z Rosji, Wlk. Brytanii, Francji, Włoch, Ukrainy i Litwy). Na ścianach wymalowane zostały fragmenty planu Łodzi z nazwami ulic oraz herb miasta. Na środku stanął stół w kształcie administracyjnych granic Łodzi, do którego na linkach zostały przymocowane albumy City Stories (każda edycja). W drugiej sali, oprócz plansz, w dwóch małych gablotkach można było zobaczyć pamiątki, jakie portugalscy rysownicy przywieźli z Łodzi. Przez trzy tygodnie trwania festiwal Amadora BD odwiedziło około 30 tys. ludzi, więc jeśli nawet tylko połowa z nich trafiła na wystawę City Stories, daje to naprawdę porządny wynik.

To tyle na początek (planuję bowiem część drugą). A tu krótka fotograficzna relacja.

czwartek, 21 października 2010

Muzyczne rozkosze - # 2


Tym razem trzy płyty, które ostatnio namiętnie odtwarzam. Przede wszystkim - Something For Everybody zespołu Devo. W tej chwili jest to dla mnie płyta numer jeden 2010 roku. Devo, czyli pięciu amerykańskich wariatów, grających tak nie do końca wiadomo co (coś na kształt new wave, pomieszanego z post-punkiem, ale zaprawionego soczyście elektroniką, koniecznie z elementami surrealizmu), lubię od dawna. Nie spodziewałem się zupełnie, że po 20 latach od wydania ostatniego krążka, nagrają coś nowego. Zrobili to jednak, w dodatku genialnie! W kompozycjach słychać, że to stare dobre Devo, ale jednocześnie jest współcześnie, nowocześnie i radośnie. Na płycie jest 12 kompozycji i ani na chwilę, niemłodzi już w sumie chłopcy, nie zwalniają tempa. Something For Everybody stawia na nogi! Zupełnie nie spodziewałem się też reaktywacji jednej z legend lat 80. - duetu Yazoo. Moyet i Clarke pojechali w trasę, a jej efektem jest koncertowe Reconnected Live. Świetny koncert - z największymi przebojami, soczystą elektroniką i co najważniejsze - rewelacyjnym głosem Alison. Zawsze byłem pod wrażeniem mariażu brzmień generowanych przez Vince'a oraz mocnego, głębokiego wokalu Moyet. Zawierająca 20 utworów koncertówka wrażenie to podtrzymała zdecydowanie. O ile Yazoo się reaktywowało (choć pewnie tylko na koncerty), o tyle a-ha w tym roku ma zakończyć działalność. Wielkim fanem Norwegów nigdy nie byłem, ale piosenek, które zebrali na wydanej niedawno podwójnej składance 25, słucha się z prawdziwą przyjemnością. Dużo chłodnej melancholii, miłe dla ucha brzmienia, ładne linie melodyczne i świetny głos Harketa - to wszystko daje porządnie skrojony, relaksujący pop. Warto zakupić wersję z dodatkową płytą dvd, wypełnioną siedemnastoma teledyskami.


Kilka dni temu byłem na koncercie. Istne szaleństwo! Ale jak może być inaczej, gdy na scenie szaleją Poń Kolny, Bonk, Paprodziad, Mega Motyl, Jeżuś Marian i Zając Cokictokloc. Oni muszą wydać koncertowe dvd!


niedziela, 10 października 2010

Po festiwalu


Jak w tytule - największy wysiłek tego (i w gruncie rzeczy - każdego) roku już za mną. 21. edycja Międzynarodowego Festiwalu Komiksu i Gier powoli przechodzi do historii. Myślę, że impreza była udana - większość pofestiwalowych relacji ku temu się zresztą skłania. Oczywiście są elementy, nad którymi można jeszcze (i trzeba) popracować - w biurze mamy nawet już wielki karton, na którym zapisujemy wnioski, jakie przyjdą nam do głowy (ktoś wpisał "wystawa Ojca Rene w katedrze", ale chyba mimo wszystko, jeszcze trochę na wyrost ;). Teraz czeka nas żmudne rozliczanie imprezy, wszelkich dofinansowań, dotacji przy jednoczesnym budowaniu programu na rok 2011 i gromadzeniu budżetu. A na zdjęciu powyżej moja skromna osoba przyparta do muru, na którym odsłoniliśmy tablicę upamiętniającą stały pobyt Papcia Chmiela w Łodzi w 1945 roku.


Natomiast przed festiwalem aż dwa razy zostałem przyparty - tyle, że nie do muru, a do: raz klawiatury i raz - do filiżanki gorącej czekolady. Efektem pierwszego przyparcia była rozmówka opublikowana na łamach magazynu KZ, a drugiego - wywiad w 042 Magazine.


Uwielbiam współpracę z TeTe. Jeszcze we wrześniu ukazała się druga część komiksu, jaki przygotowaliśmy dla dużej firmy energetycznej. I niebezpiecznie rośnie szansa, że będą kolejne odcinki. Natomiast 7 października poopowiadaliśmy o komiksach w łódzkiej Bibliotece im. Piłsudskiego. Było niesamowicie przyjemnie. Jak tylko zdobędę jakieś zdjęcie, nie omieszkam się pochwalić.

niedziela, 22 sierpnia 2010

Muzyczne rozkosze - # 1

To chyba najlepsze rozwiązanie - płytowe nabytki będę opisywał w cyklu Muzyczne rozkosze (wiadomo przecież, że nowe płyty potrafią zrobić dobrze na słuch i różne inne zmysły), zamiast za każdym razem zastanawiać się nad odpowiednim tytułem posta. A że akurat pojawiło się kilka nowych sztuk...


Najpierw dwie składanki, na które polowałem od bardzo dawna. Obydwie trafiłem na Allegro - nówki w folii, więc cieszy tym bardziej. Tower Of Song to przepiękny hołd oddany Leonardowi Cohenowi. Płyta ukazała się w 1995 roku i jest fajnie różnorodna. Najostrzej, o dziwo, wypada na niej Elton John i jego interpretacja I'm Your Man. Jest też trochę folku (Sting & The Chieftans) i zupełnie sporo interpretacji w stylu country (ale takich spokojnych balladowych, więc aż tak nie razi, bo przyznam, że za tym gatunkiem nie przepadam) - w ten nurt wpisał się nawet Billy Joel. Piosenki Cohena nagrali też m.in. Bono, Tori Amos, Peter Gabriel i Suzanne Vega. No i, jakże by inaczej - Martin Gore. Oczywiście jego wersja Coming Back To You to wisienka na tym cohenowym torcie.
Druga składanka to soundtrack z filmu Until The End Of The World Wima Wendersa (rok 1991). Co tu dużo pisać - rewelacja! Specjalnie do tego filmu piosenki stworzyli m.in. Talking Heads, Neneh Cherry, Lou Reed, Can, R.E.M., Nick Cave & The Bad Seeds, U2, Julee Cruise i paru innych wykonawców. No i, jakże by inaczej - Depeche Mode. :) Niebawem jesień - płyta w sam raz na coraz dłuższe wieczory.


Niedawno pisałem o Castle Party. Nie sposób przyjechać stamtąd bez zakupów. Za każdym razem kupuję w Bolkowie festiwalową składankę. Dzięki temu wiem, kiedy byłem na CP. A i same składanki są dość przyjemne, choć mam do nich jedną, zasadniczą uwagę. W zestawie utworów często brakuje istotnych wykonawców - zwłaszcza headlinerów. W tym roku na Castle Party 2010 zabrakło i And One, i Behemota. A gdzie The Cassandra Complex? Jasne - chodzi zapewne o prawa autorskie i brak zgody macierzystych wytwórni. A może zgody są, ale organizatorom szkoda kasy? Nie wiem, ale byłbym skłonny zapłacić za bolkowskie składanki więcej, byle mieć na krążku pełen zestaw wykonawców.
Wśród stoisk na CP to najobficiej zaopatrzone mają Niemcy ze straganu w końcu małego, zamkowego dziedzińca. Tym razem wypatrzyłem u nich singla Stupidity zespołu Pankow. Radość moja była przeogromna, bo przyznam, do tej pory nie miałem nic na CD tego włosko-niemieckiego zespołu, zaliczanego do klasyki ebm/industrial. Dźwięki - palce lizać!

piątek, 20 sierpnia 2010

South, czyli męski film


Ostatni weekend spędziłem w znakomitym gronie. Spotkałem się z kumplami - Darkiem, Goliatem, Jackiem, Księdzem, Robim, Romkiem i Tomalem. Znamy się od prawie 20 lat i nie wyobrażamy sobie roku bez choćby 2-3 dni spędzonych wspólnie (czasem w mniej lub bardziej okrojonym składzie, ale zawsze). Okazjonalnie nasza grupa liczyła i ponad 10 chłopa (byli jeszcze chociażby Proper i Marek), ale ta wymieniona siódemka (i ja) to skład podstawowy. W latach 90. o częste spotkania było łatwo - wszyscy mieszkaliśmy w Warszawie i widywaliśmy się bardzo często. A że u kogoś pojawiła się kamera vhs, zaczęliśmy zabawę w robienie filmów wideo. Nakręciliśmy ich kilkadziesiąt - lepszych, gorszych, mniej i bardziej śmiesznych, od tych trwających poniżej minuty po niemal godzinną "Filozofię kata". Nazwaliśmy naszą grupę South, od tytułu pierwszej filmowej produkcji. Oprócz finalnego efektu ważne jednak było (i jest) dla nas to, że robimy wszystko wspólnie i dobrze się przy tym bawimy. Z czasem przybyło obowiązków (wiadomo - praca, a u znakomitej większości także rodzina i dzieci), rozjechaliśmy się po kraju - w Warszawie z całej grupy zostali tylko Ksiądz i Tomal. Siłą rzeczy częstotliwość naszych działań zmalała. Ostatecznie stanęło na tym, że staramy się o choćby jedno spotkanie w roku (a nie jest łatwo ustalić termin, gdy wszyscy pracują, a urlop chcą spędzić z rodziną z dala od domu). O dziwo - udaje się, choć czasem nie wszyscy mogą stawić się na wezwanie (wybieramy wtedy datę, która pasuje największej liczbie osób). Co dla nas ważne - właściwie za każdym razem kręcimy nowy/nowe filmiki (tak było i tydzień temu - efekty pojawią się zapewne niebawem na Youtube). Ale nawet wtedy, gdy zabawa w film przestanie nas kręcić - będziemy się spotykać, taką mam przynajmniej nadzieję. Bo zawsze jest o czym pogadać w tak znakomitym gronie.

A tymczasem zapraszam na projekcję filmu zatytułowanego Dresperado (w roli tytułowej Romek):

piątek, 6 sierpnia 2010

Castle Party 2010

Jedno wiem na pewno - nie warto jechać do Bolkowa na jeden dzień. To było moje szóste już Castle Party (na które jeżdżę z przerwami od 2002 roku), jednak po raz pierwszy nie pojechałem na cały festiwal, a jedynie na jego sobotnią część. Po powrocie do domu naszła mnie refleksja, że takie okrojenie pobytu w Bolkowie nie jest dobre. Ucieka cały klimat imprezy. Bo przecież CP to nie tylko koncerty, ale masa znajomych ludzi i świetne imprezy do białego rana. To nie tylko zasadnicza sobotnio-niedzielna część festiwalu, ale piątkowa (a dla niektórych wręcz środowo-piątkowa) rozbiegówka. Jeśli wybiorę się za rok, to na co najmniej trzy dni (jak to czyniłem dotychczas). A jak było w ostatnią sobotę?


Trzecie miejsce dla The Cassandra Complex - weteranów elektro-gotyckiego grania. Pojechałem do Bolkowa przede wszystkim dla nich i dla sobotniego headlinera, o którym za chwilę. Na Cassandrze się nie zawiodłem. Mimo niesprzyjającej aury (bezlitosne słońce świecące prosto na scenę) Rodney Orpheus i spółka dali dobry, hipnotyzujący koncert. Publiczność długo domagała się bisów, ale organizatorzy pozostali nieugięci. Mam nadzieję, że Brytyjczycy wrócą z koncertami do Polski (co nie jest wykluczone, bo Rodney ma polską narzeczoną, czym nie omieszkał się pochwalić podczas koncertu).


Miejsce drugie dla niejakiego Alec Empire. Zupełnie nie spodziewałem się, że lider nieistniejącego już Atari Teenage Riot tak bardzo zwróci na siebie moją uwagę. Za ATR nigdy nie przepadałem, ale koncert Aleca bardzo mi się podobał. Masa dobrej, mocnej energii doprowadziła do niezłego młyna pod sceną. Urokowi chwili uległ sam Empire, zeskakując ze sceny i rzucając się w roztańczony tłum. Oczywiście nie będzie brakować malkontentów uważających, że facet w trampkach i obcisłych jeansach, nie ociekający krwią oraz digital hardcore z głośników to nie bolkowskie klimaty. Ale jak wiadomo - dobrej muzy nigdy dość. To był świetny pomysł, żeby Alec Empire zagrał w Bolkowie.


And One na miejscu pierwszym. Bezapelacyjnie. Myślę, że i oni są zadowoleni ze swojego pierwszego koncertu w Polsce. Zagrali porządny, niemal ebm-owy set, mieli świetny kontakt z publicznością, która nie szczędząc gardeł odśpiewała większość kawałków (a na pewno refrenów). Jedyny mankament (ale do przełknięcia) - koncert odrobinę za krótki i bez bisów. Mniemam, że po tak entuzjastycznym przyjęciu And One wróci do nas, i to nie raz. Ja na pewno nie odpuszczę ich kolejnego występu.

Zabrałem do Bolkowa aparat - tu drobna fotorelacja.

niedziela, 25 lipca 2010

Grunwald w komiksie


Zgodnie z założeniami, antologia komiksów związanych z bitwą grunwaldzką ukazała się 15 lipca. Albumy można było kupić na stoisku Narodowego Centrum Kultury podczas jubileuszowych uroczystości. Jak wieść niesie, choć miłośników historii obrazkowych nie było zapewne pod Grunwaldem zbyt wielu, wydana w językach polskim i litewskim książka sprzedawała się nad wyraz dobrze. Grunwald 1410-2010 ukazał się jako specjalna edycja projektu City Stories. Oprócz anonsowanych wcześniej autorów (Grzegorz Janusz, Gintaras Jocius, Paweł Timofiejuk, Marek Skotarski, Wojciech Birek, Vital Voranau, Igor Baranko, Przemek Truściński, Marek Szyszko, Tomek Piorunowski, Włodzimierz Bludnik, Oleksij Czebykin "Szakl") w projekcie wzięli udział Henryk Chmielewski i Bartłomiej Kuczyński.


Ukazała się także komiksowa opowieść o wizycie króla Jagiełły w Sulejowie. To chyba tak naprawdę pierwsza osobna komiksowa publikacja, której jestem współautorem (nie licząc komiksów reklamowych czy promocyjnych). Można było ją dostać, zupełnie za darmo, podczas imprezy w opactwie sulejowskim pod koniec czerwca. Komiks narysował oczywiście Tomek Tomaszewski.

Kolejne medale dla przedstawicieli branży komiksowej: Gloria Artis dla Szarloty Pawel, a Zasłużony dla kultury polskiej dla Tomka Kołodziejczaka, Witka Tkaczyka i Wojtka Jamy. Uroczystość wręczenia zrelacjonował Krzysztof Skrzypczyk.

Jeszcze w czerwcu udało mi się dotrzeć na Bałtycki Festiwal Komiksu. Drobna fotorelacja tutaj, a sama impreza jak najbardziej pozytywna.


I na koniec dobre wieści związane z MFKiG. Jeśli wszystko pójdzie dobrze, około 1 września wystartujemy wreszcie z nową stroną.

czwartek, 15 lipca 2010

Z krążka i na żywo


Dziś grunwaldzka rocznica, dlatego trochę tak dla zmyłki parę słów o koncertach. Najpierw o tych zakupionych na płytach. Po pierwsze Ultravox. W oryginalnym składzie zespół ten nie pojawił się na scenie niemal od 25 lat! Na szczęście stało się to, czego chyba nikt już się nie spodziewał: Billy Currie, Midge Ure, Chris Cross i Warren Cann stanęli ramię w ramię na jednej scenie. I zagrali trasę jak za czasów swojej świetności. Jej efektem jest koncertowy album Return To Eden. Najlepiej kupić go w wersji rozszerzonej, składającej się z dwóch płyt CD i jednej DVD. Bardzo porządnie zagrany i zarejestrowany koncert. Zestaw kawałków - jak można było się spodziewać - to przekrój przez wszystkie albumy Ultravox nagrane bez Johna Foxxa. Ciekawe, czy noworomantycznemu kwartetowi zechce się nagrać premierowy materiał, jak choćby grupie OMD, która w składzie z lat 80. jesienią ma wydać nową płytę.

O tym artyście wiele pisać nie trzeba. To Mistrz. Co prawda materiał zawarty na A Reality Tour pochodzi z 2003 roku, ale dopiero w ubiegłym roku został wydany na CD. David Bowie pokazuje, że ma i rewelacyjny repertuar i że jest znakomitym performerem (dlatego też jest Mistrzem :). Na dwupłytowym albumie znalazły się 33 utwory, od The Man Who Sold The World z 1970 po kawałki z ostatniego studyjnego krążka. Kawał porządnego grania, z którym koniecznie trzeba się zapoznać.


Nie samymi płytami człowiek jednak żyje - przed urlopem (który lada dzień niestety mi się kończy) wysłuchałem koncertu grupy IamX. Corner i spółka zagrali na festiwalu Przestrzeń Muzyki Live (o tej imprezie powiedziano już wszystko, więc nie będę się rozpisywał) na stadionie łódzkiego Startu. To było moje trzecie doświadczenie z IamX i chyba jednak najmniej korzystne. Występ dobry, ale nic ponadto. Co nie zmienia faktu, że przyjemnie było posłuchać dobrej muzy rzut beretem od domu. Tymczasem za dwa tygodnie z okładem Castle Party. Bilecik już zakupiony.

poniedziałek, 14 czerwca 2010

Obrazkowe wieści

Garść komiksowych newsów z naszego (festiwalowego, conturowego itp) podwórka, poparta obrazkami. Na początek - przypominam o tym, że na prace do antologii poświęconej Januszowi Chriście czekamy do końca czerwca. Poniżej kadr z jednej z już nadesłanych plansz.


Przybywa gotowych komiksów i ilustracji, które pojawią się w antologii poświęconej bitwie pod Grunwaldem. Najpierw kadr z komiksu Gintarasa Jociusa.


Coś od Igora Baranko.


I na koniec ilustracja Marka Szyszko.


A skoro jesteśmy przy Grunwaldzie, to Tomek Tomaszewski kończy w pocie czoła komiks do mojego scenariusza o wizycie Władysława Jagiełły w Sulejowie. Przy okazji - polecam wizytę w sulejowskim opactwie. Fajnie tam jest. :)


Za nami pierwszy etap tegorocznego City Stories. Niecierpliwie czekamy na prace. A na poniższym obrazku, od lewej: Filipe Andrade, Rui Lacas, Ewa Stępień (koordynator projektu), Bartosz Sztybor, Ricardo Cabral i Śledziu. W kadrze nie zmieścili się Filipe Pina i Balbina Bruszewska oraz Adam Radoń (pomysłodawca projektu).

wtorek, 8 czerwca 2010

Plakat 21. MFKiG

Dziś szybko i treściwie. Mamy ostateczną wersję plakatu 21. Międzynarodowego Festiwalu Komiksu i Gier w Łodzi (to już niebawem - 1-3 października). Autor - Jacek Frąś - laureat poprzedniej edycji imprezy.

poniedziałek, 7 czerwca 2010

Płyty nowe i stare


Chwila oddechu od komiksów. Na muzycznej półce przybyło kilka tytułów, tak tegorocznych, jak i archiwalnych. Na przykład - zupełnie nie wiedziałem, że depeszowskie Videos 86>98+ ukazało się w formacie jewel case. W tekturowym opakowaniu znajdują się dwa podwójne albumy: jeden z teledyskami i filmami (taki sam zestaw, jak w klasycznej edycji DVD), a drugi to standardowe 2CD The Singles 86>98. Ot, ciekawostka. A co słychać w obozie moich ulubieńców? Ano nic, cisza. :) Zapewne szykują na jesień albo i zimę DVD z ostatniej trasy koncertowej, nakręcone w Barcelonie. Nie powiem, przebieram nóżkami.

Właściwie większość widocznych na zdjęciu powyżej albumów to kompilacje. Ba, ta wydana przez Nitzer Ebb nazywa się Compilation. Wielkim fanem Nizter Ebb nie jestem, ale od czasu do czasu lubię ich posłuchać. Przegląd utworów zebranych na wydanej w tym roku (a tak naprawdę trochę wcześniej, ale o tym za chwilę) składance to idealne zestawienie tak do zapoznania się z zespołem (koncertowali w Polsce w lutym, m.in. jako support przed Depeche Mode, więc może niewtajemniczeni mieli okazję usłyszeć o NE - to taki twardy elektro-industrial), jak i posłuchania tego co najlepsze z repertuaru, bez konieczności przekopywania się przez całą dyskografię. Compilation to tak naprawdę dwa osobne wydawnictwa (podwójne Body Of Work oraz pojedyncze Body Rework - Remixes), pierwotnie wydane w 2006 roku, a teraz zebrane w jedną całość. Ale jakie to ma w sumie znaczenie... Ważne, że słucha się z przyjemnością. :)

A skoro jesteśmy przy Nitzer Ebb, to wielu/wiele pewnie wie, że swego czasu wsparł ich Alan Wilder (ex-depeszowiec), występujący solo jako Recoil. Kilka tygodni temu Recoil zaprezentował się w łódzkiej Wytwórni, czego niestety z przyczyn zdrowotnych nie doświadczyłem, ech... Alan odwiedził Łódź promując swoje najnowsze wydawnictwo - Selected. Spośród bodajże trzech wersji tej kompilacji, posiadłem tę wydaną w formacie 2CD. Jeden krążek to klasyczny best of, a drugi - zestaw remiksów. Chociaż ten best of tak do końca klasyczny nie jest - Wilder wszystkie kawałki zmiksował na nowo i przyznam - Selected słucha się dzięki temu znakomicie. Polecam wszystkim miłośnikom niepokojącej, szorstkiej, chłodnej, mrocznej elektroniki, krążącej trochę wokół trip hopu.

Podobnego zabiegu odświeżenia starych kawałków dokonali na Impossible John Foxx & Louis Gordon. Uwielbiam ten duet, podobnie jak i Foxxa solo. Kawał porządnej, gustownej, nowoczesnej elektroniki z domieszką sentymentu (wszak Foxx to moja czołówka artystów 80s).

No i na sentymentach skończymy. Wreszcie mam na CD debiutancki krążek Marty'ego Friedmana! Swego czasu zarżnąłem kasetę Dragon's Kiss (pewnie to był jakiś pirat kupiony na początku lat 90.) i na długie lata pozbawiłem się przyjemności wsłuchiwania się w galopady po strunach. Ale oto utracone powróciło! Nic bowiem na to nie poradzę, że moja elektroniczna dusza potrzebuje czasami gitar. I to takich wirtuozerskich (tak, tak, Satrianiego też lubię). Płyta nie opuszcza odtwarzacza.

środa, 26 maja 2010

Chylińska pod Grunwaldem


Po pierwsze - Dziennik Łódzki rozpoczął w ostatni piątek komiksową relację z niezwykłej wyprawy trzech młodych ludzi, którzy w pół roku zamierzają przedostać się (wodą, pieszo, konno i na rowerach) z Jakucka do Kalkuty. Czeka ich przeprawa przez Mongolię, Tybet i Nepal. W sumie - 6000 km. Podróżnicy chcą pokonać taką sama trasę, jaką w 1942 roku roku przemierzył Witold Gliński i jego koledzy, uciekając z sowieckiego łagru. Paski rysuje Jakub Matys do scenariusza łódzkiego dziennikarza Darka Pawłowskiego. Relacji patronują NCK, ŁDK i MFKiG.


Po drugie - za nami pierwszy etap komiksowego projektu, którego efektem będzie, zbudowana na podobnych zasadach jak projekt City Stories, antologia obrazkowych opowieści przygotowanych z okazji 600-lecia bitwy pod Grunwaldem. W projekcie biorą udział: Grzegorz Janusz, Gintaras Jocius z Litwy i Paweł Timofiejuk (wszyscy trzej na zdjęciu powyżej) oraz Marek Skotarski, Wojciech Birek, Vital Voranau z Białorusi, Igor Baranko z Ukrainy, Przemek Truściński, Marek Szyszko, Tomek Piorunowski, Uładzimir Bludnik z Białorusi, Szakl z Ukrainy i Adam Radoń. Premiera antologii w połowie lipca.


Po trzecie - wiedziałem, że na żywo to będzie coś mocnego. Dzięki uprzejmości mojego serdecznego kolegi miałem okazję zobaczyć i usłyszeć Agnieszkę Chylińską w nowym repertuarze. Niedzielny koncert w stołecznym Palladium pokazał, że Agnieszka nie stała się plastikową lalą, śpiewającą cienkim głosem do puszczonego z taśmy łupu cupu. Pisałem ongiś, że w jej nowych kawałkach drzemie energia i granie na żywo tę energię wyzwoli. I tak też się stało. Owszem, ona musi (a przynajmniej wypada jej) być momentami nieco łagodniejsza. I momentami taka była. Ale przez większą część koncertu było niemal rockowo, tak instrumentalnie (na scenie perkusja, gitara, bas i dwa zestawy klawiszy), jak i wokalnie (znaczy się - z pazurem). Kawałek Normalka, po tym jak usłyszałem jego wersję koncertową, tylko umocnił się na pozycji lidera wśród nowych kompozycji Chylińskiej. Nieustająco jestem "na tak".

czwartek, 20 maja 2010

Komiksowy dzwon


Jak to komiksowy dzwon? Ano tak. Ale po kolei. W 2008 roku, w antologii 11/11=Niepodległość, ukazał się komiks napisany przez Jacka Grudnia (łódzkiego dziennikarza radiowego i telewizyjnego) i narysowany przez Tomka Tomaszewskiego pt. Skradzione serce miasta. Rzecz jest o historii dzwonu ufundowanego w 1911 roku przez łodzian dla łódzkiej katedry. Niewiele mniejszy od krakowskiego Zygmunta dzwon był chlubą miasta - w jego poświęceniu wzięło udział 60 tys. osób. W czasie I wojny światowej Niemcy chcieli go zarekwirować, ale ustąpili, gdy łodzianie zebrali tyle metali, ile waży dzwon, w ten sposób wykupując "bijące serce miasta" i ratując przed niechybnym przetopieniem na armaty. Niestety, podczas II wojny światowej okupanci wywieźli łódzkiego Zygmunta i ślad po nim zaginął. I oto po kilkudziesięciu latach od tamtych wydarzeń zebrała się grupa ludzi, która za cel postawiła sobie odtworzenie dzwonu. A komiks Jacka i Tomka, wydany w wielotysięcznym nakładzie, ma przypomnieć łodzianom historię Zygmunta i zachęcić do udziału w zbiórce pieniędzy. Więcej informacji na www.sercelodzi.pl.

W ramach aktualności:
- ruszyła piąta edycja konkursu na rysunek satyryczny o Łodzi The Big Boat Of Homour. Temat przewodni: Miasto - beczka prochu. Regulamin i karta zgłoszeniowa na stronie konkursu. Jest o co walczyć: główna nagroda to 10 tys. złotych.
- trwa oczywiście konkurs na krótką formę komiksową, towarzyszący 21. Międzynarodowemu Festiwalowi Komiksu i Gier. Regulamin na stronie festiwalu. Co ważne, podnieśliśmy wysokość wszystkich nagród. Grand Prix to 5 tys. zł.
- jak co roku MFKiG szykuje publikację z serii A tribute to... W tym roku hołd oddajemy Januszowi Chriście. O tym projekcie piszą chociażby tu. Na komiksy czekamy do końca czerwca.

czwartek, 13 maja 2010

Komiksowe imprezy


Ależ się narobiło zaległości! Ci, którzy znajomkują się ze mną na Facebooku, mniej więcej wiedzą, że jestem w ciągłym ruchu i na brak zajęć nie narzekam. Bloga zaniedbałem jednak okrutnie. Nadszedł więc czas skruchy i nadrabiania zaległości.

Kwiecień okazał się niemałym wyzwaniem. Zrobiliśmy przekrojową wystawę komiksu polskiego w Neapolu na festiwalu ComiCon. Reprezentację mieliśmy tam międzynarodową - polskimi gośćmi festiwalu byli Marzena Sowa i Sylvain Savoia. Gdy tylko uda mi się wydobyć jakieś zdjęcia od naszej delegacji, wrzucę je do sieci. W tym samym czasie przygotowaliśmy też wystawę komiksu polskiego w Moskwie, ale to historia na osobny blogowy wpis (setki zdjęć jeszcze w obróbce).

2 maja kilkunastoosobowa ekipa festiwalowa pojawiła się w Pacanowie. Wspólnie z tamtejszym Europejskim Centrum Bajki zorganizowaliśmy pierwsze Dziecięce Spotkania z Komiksem. Rezultat przeszedł nasze najśmielsze oczekiwania. Z atrakcji skorzystały setki dzieciaków. Maluchy kolorowały kadry z komiksów, wymyślały obrazkowe historyjki, tworzyły własnych bohaterów komiksowych. Używały nie tylko kredek, ołówków i farb, ale też plasteliny, szmatek, koralików oraz atramentu i korektorów. Ci najbardziej zorientowani na tworzenie komiksów wzięli udział w warsztatach, które poprowadzili Tomek Leśniak, Tomek Tomaszewski, Adam Radoń oraz duet Sławek Kiełbus i moja skromna osoba. Zabrakło niestety Szarloty Pawel, która ciągle nienajlepiej się czuje, a która przygotowała plakat imprezy i miała być jej główną gwiazdą. Zresztą - sporo zabaw nawiązywało do tytułów i postaci z jej komiksów (można było np. wypłukiwać prawdziwe złoto ("Złoto Alaski") albo przeglądać się w krzywych zwierciadłach ("Kleks w krainie zbuntowanych luster"). Imprezie towarzyszyła wystawa komiksu dziecięcego, na której znalazły się prace Walentynowicza, Pawel, Baranowskiego, Christy, Chmielewskiego, Leśniaka, Kalinowskiego, Tomaszewskiego i Kiełbusa. Tak to wszystko mniej więcej wyglądało.

A zanim trafiliśmy do Pacanowa i za granicę, odwiedziliśmy w kwietniu Warszawę i jej (a także i trochę nasz) Festiwal Komiksowa Warszawa. Tam z kolei zawisła ekspozycja prac laureatów Grand Prix MFKiG. W CBA byłem jedynie drugiego dnia. Imprezie zdecydowanie potrzeba większego budżetu, ale rokowania na przyszłość są dla KW jak najlepsze - widać, że ludziom z PSK zależy na rozwoju imprezy. Muszą jednak wiedzieć, że to ciężki kawałek chleba. Na pewno należy się im uznanie za to, że mimo konieczności zmiany daty, udało się KW w ogóle przeprowadzić. Garść fotografii.

Poprzednim razem pisałem o wystawie Pawła Kwiatkowskiego i o tym, że szykuje się on do kolejnego konkursu. Tak się do niego szykował, że... wygrał. Do Kwiatka trafiła główna nagroda Konkursu im. Strzemińskiego. Chyba założę fanklub tego człowieka.

wtorek, 30 marca 2010

Pracoholizm?


Na szczęście to jeszcze nie ten etap uzależnienia. Ale na brak pracy nie narzekam, co niestety wiąże się z rzadszymi wpisami na blogu. A taki chciałem być systematyczny...

Ostatni weekend spędziłem poza Łodzią. Razem z ekipą MFKiG wybrałem się na Bydgoską Sobotę z Komiksem. Bardzo to była przyjemna impreza, porządnie przygotowana i fajnie zlokalizowana. Sporo znajomych twarzy, dzięki czemu udało się rzeczowo porozmawiać z tym i owym o tym i o owym, głównie o sprawach wystawowych i festiwalowych. Garść fotografii wiernie oddających znakomitą atmosferę bydgoskiej imprezy znajdziecie tutaj. A w drodze powrotnej, już w niedzielę, zatrzymaliśmy się na spacer i kawę w Toruniu, a na obiad i kilka głębszych wdechów przy tężniach - w Ciechocinku. To naprawdę wielka frajda pojechać na komiksową imprezę do innego miasta i trochę jej pozażywać. Bo nie pamiętam już, kiedy na festiwalu w Łodzi byłem na całym spotkaniu z jakimś artystą. Ba, nawet wieczorne imprezy opuszczam znacznie wcześniej niż by to wypadało uczynić. Tylko żeby nie było, że narzekam. :)

Podobnie z pracą - gdzieżbym śmiał narzekać. Ot, trzeba tylko nerwy trzymać mocniej na wodzy. I skupiać się na naprawdę istotnych rzeczach. A jest nad czym. Nasza ekipa jednocześnie pracuje nad: wystawą, która zostanie pokazana podczas Komiksowej Warszawy; programem komiksowej imprezy dla dzieci, którą szykujemy wspólnie z Europejskim Centrum Bajki na 2 maja w Pacanowie; wystawą komiksu polskiego w Neapolu, wystawą komiksu polskiego w Moskwie; polsko-portugalskim City Stotries; międzynarodowym komiksowym projektem dotyczącym Grunwaldu i oczywiście 21. MFKiG (mamy już m.in. potwierdzonych dwóch gości z USA). Lada chwila wspólnie z Tomkiem Tomaszewskim zaczynam serię warsztatów komiksowych w Zgierzu. A przecież na bieżąco zajmujemy się promocją w ŁDK. Do tego jeszcze pisanie wniosków do różnych instytucji i ich aktualizowanie. I masa mniejszych i większych spraw. Zaprawdę - nie narzekam na nudę. :)


I już po fakcie - Paweł Kwiatkowski znowu miał wystawę. Tym razem w Łódzkim Domu Kultury. No nie mogę już na nią zaprosić, bo właśnie została zdjęta (zapraszałem na facebooku). Na wernisaż przyszły tłumy, a Kwiatek już szykuje się do kolejnego konkursu. A co za tym idzie, jak mniemam - do kolejnych wystaw. Pamiętajcie - Paweł Kwiatkowski!

środa, 17 marca 2010

Koncertowo


To były dwa znakomite muzyczne wieczory. Najpierw, w ostatni czwartek, wybrałem się do klubu Jazzga na występ zespołu Dick4Dick. Obejrzenie i wysłuchanie ich koncertu miałem w planach od dawna, ale mimo nadarzających się okazji, nie udało mi się tych planów zrealizować. Tym razem zdopingował mnie chyba fakt, że na perkusji w Dickach od jakiegoś czasu gra Jacek Frąś. No i nowa płyta, którą ciągle znam wyrywkowo (ale to się lada moment zmieni), też mnie do koncertu zachęciła. I niech mi teraz ktoś powie, że nie ma w Polsce ciekawych zespołów, i że tylko Doda, Feel i Bracia. Dick4Dick nie jest może odkrywczy, ale to co ma do zaproponowania, jest interesujące i intrygujące. Podobają mi się u nich zabawy rytmem, akuratna doza brzmień elektronicznych i wzajemne uzupełnianie się przez dwóch wokalistów. Jeśli tylko zobaczycie gdzieś w swoim mieście anons koncertu Dick4Dick - skorzystajcie z okazji bez najmniejszych wątpliwości.


Dzień później nie było już tak kameralnie i zawadiacko. Dzień później była muzyczna uczta przez duże U. Bilet na koncert Rammstein w łódzkiej Atlas Arenie kupiłem bardzo późno - gdy się za nim zacząłem rozglądać, szanse wydawały się zerowe. Na szczęście dystrybutor rzucił jeszcze pewną partię wejściówek na 2-3 tygodnie przed występem Niemców i udało się. Powiem krótko - moja szczęka leżała na płycie Areny przez dwie godziny, a oczy jeszcze długo po koncercie miałem jak 5 zł. To było rewelacyjne show! Oczywiście muzycznie jak najbardziej, ale przede wszystkim wizualnie. Ogień w rozmaitych konfiguracjach buchał ze sceny niemal w co drugim kawałku. A jak nie ogień, to para, a jak nie para, to eksplodowały materiały pirotechniczne. A czasem buchało wszystko naraz. Do tego wspaniała gra świateł i mocno industrialna scenografia. Polska publiczność jak zwykle stanęła na wysokości zadania - widać było, że entuzjazm publiki udzielił się zespołowi. Część repertuaru była dla mnie zupełnie nowa, bo dokładne śledzenie kariery Niemców zakończyłem po pierwszych trzech płytach i tylko te posiadam. Jestem jednak przekonany, że nie omieszkam zapoznać się z kolejnym ich albumami, choć wiem, że nie są już tak bogate w elektronikę, jak pierwsze dwa. Czasami zdarzają się koncerty, po których zastanawiam się, za co zapłaciłem aż tyle kasy. W przypadku Rammstein cena bilety była warta tego, czego doświadczyłem. Mam nadzieję, że Niemcy wydadzą z tej trasy koncertowe DVD. I jeszcze garść fotografii z koncertu.

poniedziałek, 1 marca 2010

2009 komiksowo


To wcale nie jest takie proste wybrać top ten komiksowych publikacji ubiegłego roku. Bo rok ów był niezwykle obfity. I choć starałem się ze wszystkich sił - oczywiście wszystkiego nie udało się posiąść i przeczytać (nawet biorąc pod uwagę tylko rzeczy z kategorii "musisz mieć"). Dojrzewałem do tej dziesiątki już od jakiegoś czasu i wiem, że nie będzie w pełni taka, jaka mogłaby być, gdybym zdążył przeczytać wszystko, co zalega nietknięte w domu, biurze, na półkach i w kartonach. A nie przeczytałem jeszcze chociażby Wykiwanych czy Opowieści z hrabstwa Essex. Tym niemniej, z tego co przeczytałem, wyłoniłem faworytów:

1. Arq
2. Przybysz
3. Largo Winch 1-4 i 5-8
4. Halloween Blues
5. Wieczna wojna
6. Bez komentarza
7. XIII Mystery - Irina
8. Y - ostatni z mężczyzn t. 2
9. Usagi Yojimbo - Opowieści Tomoe i Most łez
10. Maksym Osa

Liczby dodatkowe:
11. Wilq 1234
12. Łauma

Wychodzi na to, że komiksowo jestem raczej proeuropejski, co nie znaczy, że tak było zawsze. W latach 90. w moich zbiorach rządził komiks amerykański - miałem komplety polskich wydań Spider-mana, Spawna, Batmana i paru innych rzeczy. Fakt, w tamtych czasach nie było zbytniego wyboru, ale też i czytanie superbohaterskich zeszytów sprawiało mi przyjemność. Potem ta przyjemność gdzieś uleciała. I raczej nie zanosi się na to, żeby wróciła. Bliżej mi zdecydowanie do Jeża Jerzego i Blueberry'ego.

niedziela, 28 lutego 2010

Ginkgo jest ładne


Nie władam językiem francuskim, więc jeśli już przywożę jakiś komiks z festiwalu w Angouleme, to jest on niemy. W ubiegłym roku przytargałem Bez komentarza, a w tym - antologię 25 krótkich (jedno i dwustronicowych) opowiastek dedykowanych przyrodzie, czy jak kto woli - naturze. Na Bez komentarza natknąłem się podczas przeglądania albumów nominowanych do nagrody Angouleme, natomiast Ginkgo (bo taki tytuł nosi rzeczona antologia) odkryłem w Muzeum Komiksu - pokazano tam bowiem wystawę owych "przyrodniczych" szorciaków. Zacząłem ją nawet dokładnie obfotografowywać, lecz na szczęście odkryłem, że niezwykle kolorowe, stworzone przeróżnymi technikami i w rozmaitych stylach prace dostępne są też w wydaniu papierowym. A gdy zacząłem szukać w sieci informacji o Ginkgo, okazało się, że to projekt z 2008 roku i już wtedy był pokazywany w Angouleme (przynajmniej tak wynika z bloga projektu). Nie wiem, jak to się stało, że nie dotarłem na tę wystawę - 2008 to było moje pierwsze Angouleme i starałem się zobaczyć wszystko, co oferował program. Tym niemniej - antologia to bardzo ładna i niezwykle się cieszę z jej posiadania.

A skoro już jesteśmy przy Angouleme, to przyrządziłem drobną fotorelację z tegorocznej edycji festiwalu. Wrzuciłem też zdjęcia z festiwalu Ligatura.

Co słychać w kwestii 21. MFKiG? Trwają negocjacje z wieloma gośćmi zagranicznymi (są już tacy, którzy zaczynają potwierdzać swoją obecność) i budujemy listę ekspozycji (na jedną, ale składającą się z trzech części, dostaliśmy dofinansowanie z MKiDN - pokażemy na niej prace Tadeusza Baranowskiego, Trusta i Śledzia). Szykujemy kilka atrakcji, ale jeszcze za wcześnie by o nich mówić.

sobota, 20 lutego 2010

Dla fanów XIII


Gdy udaje mi się pojechać za granicę na komiksowy festiwal, zawsze szukam ciekawostek związanych z jedną z moich ulubionych serii - XIII. Nie inaczej było i w tym roku w Angouleme. Pomijam rozmaite wydania specjalne samych komiksów, ubrane w nowe okładki - aż tak źle ze mną nie jest. ;) Ale od gadżetów nie stronię. Tym razem przywiozłem talię kart do tarota (w tej samej serii wydawniczej ukazał się tarot m.in. Thorgal, Incal, Largo Winch i Druuna).


Trzynastkowe zbieractwo zacząłem od pina, który od 3 lat zdobi jedną z moich szat. Potem pojawił się na półce wieczny kalendarz, z fajnym plastikowym stojaczkiem. Oprócz kadrów wziętych żywcem z albumów jest w kalendarzu sporo grafik i kolorowych obrazków, których w albumach próżno szukać (przynajmniej w tych podstawowych wydaniach).


Fajną serię wydawniczą ma też poczta belgijska. Przy okazji wydawania znaczka (np. z bohaterem serii XIII) publikuje też książeczkę w limitowanym nakładzie, z masą znakomitych ilustracji i tekstami (mnie przypadł w udziale ręcznie numerowany egzemplarz nr 3120 z 3750 wydrukowanych - z wklejonym w środku znaczkiem i okolicznościowym stemplem). Na jednym ze stoisk widziałem też zestaw zakładek, ale ich stan pozostawiał trochę do życzenia, więc na razie odpuściłem.