sobota, 17 września 2011

Dalkiusz po raz trzeci


Dzisiejsza sobota była ciepła nie tylko z racji pięknej pogody. Na Ciepłą Sobotę, czyli dzień otwartych drzwi, zaprosiła do siebie Dalkia - właściciel trzech łódzkich (ale nie tylko, bo też i poznańskich) elektrociepłowni. Na imprezie na terenie EC4 premierę miała trzecia część komiksu z przygodami Dalkiusza. Kolorowa 4-planszówka w formacie A4 pojawia się rokrocznie właśnie w połowie września, gdy nasz dostarczyciel ciepła i prądu otwiera dla zwiedzających swoje podwoje. Scenariusz mój, rysunki Tomka Tomaszewskiego. Oprócz trzech części rozdawanych przez Dalkię podczas dnia otwartego, zrobiłem z Tomkiem jakiś czas temu cztery komiksy z Dalkiuszem dla wewnętrznych potrzeb elektrociepłowni. Jak wieść niesie, szczęśliwie nie trafiły do kotła, a do rąk pracowników.

niedziela, 31 lipca 2011

Castle Party 2011

Co tu dużo kryć - to była najsłabsza edycja Castle Party z siedmiu, na których dotychczas udało mi się być. Nawet jeden dzień na ubiegłorocznej był lepszy niż trzy spędzone w Bolkowie w tym roku (przynajmniej koncertowo, bo w 2010 na afterze byłem tylko jednym i to przez chwilę - nie ma co porównywać). Najbardziej żałuję piątku i tego, że zdaniem organizatorów z powodu aury nie można było uruchomić sceny. Nie zagrali więc ci, dla których tak naprawdę pojechałem na CP - Atari Teenage Riot i Fixmer/McCarthy. Cóż, przynajmniej na afterze w Hacjendzie było znakomicie. O sobocie też nie ma za bardzo co pisać, poza świetnymi setami Serafina i Rafaelo w Hacjendzie. Większość koncertów tego dnia obejrzałem, ale nic mnie nie zachwyciło. Na szczęście nadeszła niedziela, a wraz z nią koncerty, które uratowały tegoroczne CP.


Trzecie miejsce dla Controlled Collaps. Porządny koncert, miłe dźwięki, wokalista świetnie łapiący kontakt z publicznością. Grupa nabrała rozmachu w porównaniu z tym, co widziałem kilka lat temu na jednym z koncertów w Łodzi.


Na miejscu drugim Dope Stars Inc. Ta włoska kapela to dla mnie odkrycie CP. Lubię takie połączenie elektroniki z mocnymi gitarami i szybkim tempem. Widać, że ci długowłosi chłopcy bawią się muzyką i mają do niej rock'n'rollowe podejście. Co ciekawe, ich ostatni krążek można zupełnie legalnie ściągnąć ze strony zespołu. Daleko im do Waltari, ale jak dla mnie, to podobny obszar muzycznych poszukiwań.


Zwycięzcą jest Project Pitchfork. Odpowiednio nagłośniony (w odróżnieniu od Suicide Commando, które było o kilka kresek za głośne), z rewelacyjnymi elektronicznymi brzmieniami, przyjazną setlistą. Bardzo przyjemnie słuchało się tego koncertu. I nie wiedzieć czemu było na nim miej osób niż na bardzo monotonnym jak dla mnie SC. Ale to pewnie rzecz gustu.

I na koniec - drobna fotorelacja. Za rok oczywiście do Bolkowa się wybiorę, niechby nawet dla samych afterów, bo w tym roku były przednie (no, może poza niedzielnym w Hacjendzie, ale przecież od czego były Sorento i Piwnica).

sobota, 25 czerwca 2011

Będzie album, a co!


Znamy się nie od dziś. A dokładniej - od jesieni 1990 roku. Zrobiliśmy razem masę fajnych, nikomu niepotrzebnych rzeczy. Wśród nich były też komiksy. Pierwszy - w 2001 roku, dlatego korzystając z okrągłej okazji postanowiliśmy zebrać w jednej, zwięzłej publikacji cały nasz komiksowy dorobek. A jak dobrze pójdzie, to dołożymy też coś nowego. W sumie - jakieś 90 stron kadrów i dymków narysowanych do moich - khy, khy - scenariuszy. Narysowanych oczywiście przez mojego serdecznego przyjaciela Roberta Trojanowskiego. Robi człowiekiem jest niezwykle wszechstronnym, o czym może kiedyś sam opowie. Jedną z jego wszechstronności jest, jak nietrudno się domyślić - rysowanie. Z powodzeniem realizuje się w reklamie, publikuje w prasie, ilustruje książki. I prowadzi blogi - jeden o Panu Tramenie, a drugi ogólnorozwojowy. I jak tu z takim nie współpracować...


Premierę albumiku planujemy na październik tego roku. Polecamy zaglądać (i klikać, że się polubiło) na profil Pika i Robiego na facebooku - zapewne zorganizujemy kilka konkursów, w których album ów będzie do wygrania. Blog Pika i Robiego też się z czasem zaktualizuje.

Nie wiem, jak Wy, ale ja się cieszę!

czwartek, 9 czerwca 2011

Muzyczne rozkosze - #5


Ależ mierzi mnie to narzekanie depeszowskich ortodoksów, że Gore z kumplami ostatnie dobre remiksy wypuścili w okolicach 1993-94 roku (a te najlepsze to w zasadzie w latach 80. zostały zrobione). Przesłuchałem już kilka razy ostatnie wydawnictwo Depeche Mode - Remixes 2: 81-11 i na pewno do tych narzekań się nie przyłączę. Trzypłytowe wydawnictwo (wersji składającej się z jednego krążka raczej nie polecam) broni się, ukazując olbrzymią różnorodność w podejściu do sztuki remiksowania, zmieniającej się wraz z upływem czasu. Przecież trudno robić remiksy w ten sam sposób w połowie lat 80. i ponad 20 lat później, gdy w muzyce zmieniło się tak dużo. DM zawsze albo samo wyznaczało trendy albo szło z duchem muzycznych zmian i mód. I to w depeszowskich remiksach zebranych na Remixes 2 słychać (a właściwie to "depeszowskich", bo chłopcy z DM do żadnego z remiksów ręki nie przyłożyli). Z przeróbek kawałków DM zrobionych w 2011 roku specjalnie na tę składankę, najbardziej podobają mi się Personal Jesus - Alex Metrix Remix, Behind The Wheel - Vince Clarke Remix i Tora! Tora! Tora! - Karlsson and Winnberg Remix. Nienajgorszy jest też singlowy Personal Jesus przygotowany przez Stargate'a. Nie przyłączę się natomiast do zachwytów nad remixem Alana Wildera. Jedno muszę jednak przyznać - z dość pogodnego In Chains Wilder znakomicie zrobił recoilowy półmrok. Zebrane na Remixes 2 utwory, choć pochodzą z różnych okresów, tworzą przyjemną w słuchaniu, daleką od monotonii całość.


Yello by Yello - The Anthology to rzecz ubiegłoroczna, ale że - co dało się zauważyć - miałem delikatną przerwę w blogowaniu, dopiero teraz odnotowuję fakt jej pojawienia się. Oczywiście absolutnie nie warto sięgać po żadną inną wersję tej składanki niż czteropłytowy box. A co w środku? Po pierwsze - płyta DVD z 23 teledyskami (przy czym cztery z nich to wycinki z wirtualnego koncertu Yello, dołączonego do albumu Touch Yello). Po drugie - płyta The Singles Collection 1980-2010. Zaś po trzecie i czwarte - dwa krążki The Anthology, na których oprócz starych nagrań, znalazły się trzy premiery (w tym rewelacyjne Tears Run Dry z niejaką Malią na wokalu). Całość uzupełnia bardzo ładna książeczka opisująca zawartość płyt, ozdobiona zabawną sesją zdjęciową, zawierającą polski akcent. Samej muzyki Yello przedstawiać nie trzeba. Zawsze na czasie, zawsze inaczej, zawsze z klasą i elegancją. Ponad 60 utworów zebranych na płytach potwierdza, że Yello to muzyczni geniusze.

niedziela, 5 grudnia 2010

Muzyczne rozkosze - #4


Lech Janerka to bezapelacyjnie mój numer jeden jeśli chodzi o polską muzykę. Jest tak od chwili, gdy jeszcze w latach 80. kupiłem czarny krążek Klausa Mitffocha. Do tej jednak pory Janerka nie miał w dyskografii koncertu z prawdziwego zdarzenia (poza krótkim, akustycznym występem dla Radia Łódź, wydanym na płycie w 1993 roku). Sytuacja wreszcie się zmieniła - za sprawą DVD z cyklu Najmniejszy koncert świata (który to cykl prezentuje także innych wykonawców). Na płycie znalazło się 20 utworów z większości Janerkowych płyt (szkoda, że zabrakło choć po jednym kawałku z płyt Ur i Bruhaha, ale nie umniejsza to jakości występu). Co ważne, Lech ma dwóch nowych muzyków w składzie (tradycyjnie perkusistę i gitarzystę), którzy radzą sobie znakomicie i wnoszą powiew "inności" do kompozycji lidera. Koncertu słucha się rewelacyjnie, ogląda jakby troszkę mniej - chyba za sprawą zbyt inwazyjnego oświetlenia. Całość wydana została w schemacie - płyta + książeczka. Tekst interesujący, zdjęcia koncertowe. Redakcja mogła postarać się o pełną dyskografię, ale w końcu ten kto się interesuje, ten się dowie.

Joe Satrianiego lubię pewnie krócej niż Janerkę i pewnie trochę mniej, ale na tyle mocno, żeby kupić jego ostatni krążek. Black Swans And Wormhole Wizards nie zawodzi - jest rockowo, momentami bluesowo, melodyjnie, oczywiście wirtuozersko, ale bez przekraczania granic dobrego smaku i jak na gitarowe granie - w niektórych utworach całkiem "klawiszowo". Przyjemnie się tego słucha.

Dwupłytową składankę Ultra Electro wygrzebałem w małym muzycznym antykwariacie w Lizbonie. Rzecz nienowa, ale warta zwrócenia uwagi. Kompilację przygotował amerykański didżej David Waxman z Ultra Records. Pierwszy krążek to świetnie ułożone w jeden długi set utwory uznanych marek, takich jak Gorillaz, Depeche Mode, New Order, Ladytron, Moby, Goldfrapp czy Royksopp. Trudno ustać w miejscu słuchając tego zestawienia. Na drugim krążku wykonawcy mniej znani, ale wiedzący, co zrobić, aby spowodować energiczny ruch na parkiecie. Niemal dwie godziny znakomitej zabawy!

I na koniec Alice In Chains. To jedyny zespół, który zaintrygował mnie w dobie grunge'u (może jeszcze trochę Soundgarden), i którego chętnie słucham do dziś. Brakowało mi dwóch EP-ek AiC - Jar Of Flies i SAP, więc gdy zobaczyłem ich specjalne wydanie w jednym pudełku, nie mogłem się oprzeć. Raptem 11 kawałków na dwóch krążkach, ale jak to jest zagrane i zaśpiewane! Muzyka tylko dla optymistów. :)

poniedziałek, 22 listopada 2010

MFKiG sfilmowane!

Mamy już film z 21. edycji Międzynarodowego Festiwalu Komiksu i Gier. Miłego oglądania! A za rok festiwal między 30 września a 2 października.

niedziela, 21 listopada 2010

Muzyczne rozkosze - #3


Dziś monotematycznie, czyli depeszowsko. Powodów ku temu nie brakuje. Przede wszystkim światło dzienne ujrzały dwa wydawnictwa dokumentujące ostatnią trasę koncertową Depeche Mode. Tour Of The Universe: Barcelona 20/21.11.09 to oficjalny zapis dwóch występów DM w stolicy Katalonii. Ukazał się w kilku formatach, ja nabyłem wersję 4-płytową, czyli dwa krążki DVD i dwa krążki audio. Podstawowa refleksja - zespołowi udało się utrzymać zasadę "nigdy nie wchodzimy dwa razy do tej samej rzeki". Tak w przypadku kolejnych płyt studyjnych, jak i obrazów koncertowych. Sposobem filmowania i montażem Barcelona nie przypomina żadnego wcześniejszego "live" DM. I za to ma dużego plusa. Podczas pierwszego oglądania przeszkadzała mi właściwie tylko jedna rzecz - mało dynamiczny montaż. Ale już mi nie przeszkadza. Znakomitym manewrem było natomiast pokazanie tego, jak wyglądają w dzisiejszych czasach koncerty, nie tylko DM, ale w zasadzie wszystkie. O tym, że żyjemy w dobie cyfrowych gadżetów, Youtube'a, Facebooka i blogów mówią świetne ujęcia publiczności, pełne wciągniętych rąk trzymających komórki i aparaty. Może to nawet taka uszczypliwość ze strony reżysera koncertu - pokazuje fanom, że zamiast bawić się na koncercie swoich idoli, zacięcie rejestrują ich występ. Pierwsza płyta DVD Barcelony to oczywiście zapis koncertu. Na drugiej znalazły się m.in. sceniczne projekcje, zapisy prób, bonus tracki, cztery teledyski promujące ostatni krążek oraz film dokumentalny, z którego można wywnioskować, że DM nie jest już tak skore do koncertowania jak kiedyś.


Gdyby... No właśnie - gdyby fani nie wnosili na koncerty komórek, aparatów i kamer, nie mielibyśmy drugiego wydawnictwa "live" z ostatniej trasy DM. Jestem pod wrażeniem tego, co zrobili polscy depeszowcy. Po pierwsze - zarejestrowali dwa koncerty DM w Łodzi! Po drugie - użyli do tego wielu kamer. Po trzecie - nagrali bardzo dobry dźwięk. Po czwarte - pewien jegomość porządnie wszystko zmontował. Po piąte - inny jegomość przygotował smakowitą oprawę graficzną. Efekt jest taki, że mam w rękach najlepszy bootleg DM, jaki w życiu widziałem. I nie ma co porównywać Barcelony z Live In Łódź. Oba wydawnictwa świetnie się uzupełniają i to w zupełności wystarcza.


Niedawno byłem na zlocie fanów DM (powyższe foto by Kriss). Porządna impreza i jestem za tym, aby klub Blue & Home gościł też kolejne łódzkie czarne uroczystości. Świetne nagłośnienie, parkietu w sam raz, ciepło. Zostałem niemal do samego końca, więc zabawa musiała być dobra. :) A tak poza tym wszystkim, to cieszą wieści, że powstaje płyta DM z remiksami, w której paluszki maczają m.in. Vince Clarke i Alan Wilder. I że Gore z Clarkiem nagrywają razem taneczne kawałki. Oj, budzą się w chłopakach sentymenciki na starość. :)