sobota, 4 stycznia 2014

Muzyczne rozkosze #17: The Best Of 2013


Miniony rok dał mi sporo przyjemnych doznań muzycznych - tym bardziej, że ukazała się płyta jednego z moich ulubionych zespołów. I to właśnie od tego krążka zacznę swoje podsumowanie.

1. Depeche Mode - Delta Machine. Mówcie co chcecie, ale według mnie tercet z Basildon nagrał bardzo dobrą płytę - najlepszą od 1997 roku i lepszą od niejednego krążka z lat 80. I co najważniejsze u Depechów - jak zwykle inną brzmieniowo od wszystkich wcześniejszych. Mimo, że to już trzeci krążek z Hillierem jako producentem, to nie ma absolutnie mowy o powtórce. Zespół nadal nie boi się eksperymentów, nie stoi w miejscu, szuka nowych dźwięków i brzmień. A już wybranie na pierwszego singla utworu Heaven było strzałem w dziesiątkę, tylko podkreślającym nieustającą chęć zaskakiwania fanów i słuchaczy. Owszem - nie wszystkim musi się to podobać. Mnie się podoba bardzo. Alan nie wracaj!

2. David Bowie - The Next Day. Niespodziewana płyta z ogromną dawką porządnie skrojonej muzyki. Choć wiele tu odwołań do wcześniejszych dokonań Bowiego, to album jest przystający do teraźniejszości i brzmi bardzo świeżo. Sporo na niej rockowego pazura i dość mocno grających gitar, ale jest i kilka ukłonów w stronę popu. Z każdego fragmentu płyty słychać, że nagrał ją artysta z klasą, który nikomu i nic nie musi już udowadniać.

3. Senser - To The Capsules. Kolejna dobra płyta brytyjskiej kapeli, grającej rapmetal, czy jak kto woli - rapcore. Dobre kompozycje, świetne riffy, damsko-męskie rapowanie, akuratne klawisze i szczypta skreczowania. I przede wszystkim - 200% energii, którą ten krążek aż kipi.

4. Die Krupps - The Machinists Of Joy. 16 lat! Tyle czekaliśmy na nowy album niemieckich specjalistów od mieszania synth i EBM z metalem i industrialem. I doczekaliśmy się. W dodatku to, co Jurgen Engler nagrał z kolegami, jest niezwykle atrakcyjne dla ucha. Soczysta, wielowarstwowa, twarda elektronika (jest jej zdecydowanie więcej niż gitar) i wreszcie język niemiecki w większości utworów - to największe zalety płyty. Słucham i się zachwycam.

5. 2raumwohnung - Achtung Fertig. I jeszcze jedna płyta zza Odry, ale jakże inna od tej powyżej. Elektro-pop z panią śpiewającą po niemiecku. Miłe elektroniczne dźwięki i klubowe rytmy. Noga sama chodzi. Kawał porządnej muzyki rozrywkowej.

6. IamX - The Unified Field. Po dwóch krążkach, które nie do końca mnie porwały (choć nie można abslutnie nazwać ich złymi), Corner nagrał płytę dającą się z przyjemnością przesłuchać od początku do końca. Jest delikatniej w brzmieniu niż na poprzednim albumie i chyba to właśnie sprawiło, że ciągle sięgam po The Unified Field.

7. Joe Satriani - Unstoppable Momentum. Nie ma co za wiele pisać - dobry krążek z zatrzęsieniem solówek i ładnych melodii. Jak ktoś lubi takie gitarowe zabawy, to posłucha bez wahania.

8. Alice In Chains - The Devil Put Dinosaurs Here. Zamiast odcinania kuponów od zdobytej w ubiegłym stuleciu sławy, mamy dobry, metalowy album z charakterystycznymi dla AiC wokalami, gitarowym brudem i przytłaczająco-duszną atmosferą. Ja się nie zawiodłem.

I jeszcze trzy albumy wydane w 2013 roku, ale pozbawione premierowego materiału.

9. Sonda. Muzyka z programu telewizyjnego. Wspaniała składanka z utworami wykorzystywanymi jako tło w słynnym programie prowadzonym przez Andrzeja Kurka i Zdzisława Kamińskiego. Zaczyna się - a jakże - od Visitation Mike'a Vickersa. Potem mamy jeszcze osiemnaście utworów instrumentalnych - klasycznie elektronicznych, odrobinę synth-popowych, czy ocierająch się o funk i jazz - nagranych przez artystów, których nazwiska niewiele mówią przeciętnemu słuchaczowi, a których dokonania słychać do tej pory w niejednej audycji radiowej czy telewizyjnej. Słucha się tego wspaniale, nie bez nuty nostalgii.

10. John Foxx And The Maths - Rhapsody. Zapis koncertu z 2011 roku. Artysta w doskonałej formie. Surowa elektronika i charakterystyczny wokal - do zachwycania się.

11. Metallica - Through The Never. Filmu nie widziałem, ale koncert zagrany na jego potrzeby bardzo dobry. Przewaga klasycznego materiału, ale najważniejsze jest soczyste brzmienie całości.

niedziela, 3 listopada 2013

Muzyczne rozkosze #16: The Fotoness, "Piosenki" Janerki




Ileż można czekać?! Okazuje się, że okrągłe 25 lat. Właśnie tak długo przyszło mi/nam z utęsknieniem wypatrywać kompaktowej wersji jednej z najciekawszych polskich płyt lat 80. - When I Die zespołu The Fotoness. Tę trochę zapomnianą i chyba jednak nie dość docenioną grupę stworzyli Tomek Lipiński, Marcin Ciempiel i Jarosław Szlagowski - osoby, których nie trzeba nikomu przedstawiać (a przynajmniej nie trzeba tego robić tym, którzy choć trochę interesują się polską muzyką). Działali razem niecałe dwa lata - zagrali trochę koncertów, a rozpadli się - jak wspomina Lipiński - gdy w studio trwały miksy ich debiutanckiego i zarazem jedynego albumu. Analoga When I Die kupiłem jak tylko się ukazał. Uwiodła mnie ta płyta mocno - miała piosenki po angielsku i brzmiała tak bardzo nie po polsku. Dla ówczesnego 16-latka, będącego na etapie niemal zerowej tolerancji dla krajowego rocka, była wyjątkiem potwierdzającym regułę – jak coś fajnego, to tylko w obcym języku (na zupełnie innych prawach traktowany był pan, o którym za chwilę). Pamiętam, jak zżymałem się, że kawałek 15 10 5 jest po polsku. Podoba mi się na tej płycie właściwie wszystko – nagrana na setkę sekcja rytmiczna, brzmienie gitar, no i przede wszystkim – kompozycje. Nie słuchałem tej płyty w całości od jakichś 20 lat – gramofon został u rodziców. Odkrywanie jej na nowo jest prawdziwą przyjemnością. W dodatku Polskie Nagrania dorzuciły na krążek sporo bonusów, m.in. utwory Foto i Wiatr wieje nareszcie. Trzeba przyznać, że do tego wznowienia wydawca przyłożył się, załączając książeczkę z fotografiami i historią zespołu.

Polskie Nagrania nie przyłożyły się natomiast do kompaktowego wydania Piosenek Lecha Janerki. Skoro czekaliśmy na ten album w wersji CD ponad 20 lat, to można było postarać się lepiej – przynajmniej tak, jak w przypadku The Fotoness. Niestety, dostaliśmy do rąk digipack ze zmienioną okładką i w wersji: sama tektura z przyklejonym plastikiem na płytę. Jedynym pocieszeniem w tym wszystkim jest fakt, że wreszcie Piosenek można posłuchać z kompaktu, a co za tym idzie – cała dyskografia numeru jeden polskiej sceny muzycznej jest już wydana w tym formacie. I - jak to u Janerki w standardzie – jest na Piosenkach czego posłuchać, z Wszyscy inteligentni mężczyźni idą do wywiadu na czele, moim ulubionym numerem z tego krążka.

środa, 13 lutego 2013

Muzyczne rozkosze #15: Depeche Mode - Heaven


Jest dobrze. Nowy singiel Depeche Mode dzieli fanów, u jednych wywołując pełne uniesienia zachwyty, u innych zażenowanie, u kolejnych wołanie o powrót Wildera, a u jeszcze innych zwykłą radość. Pewnie są też ci, którym obojętne, co DM teraz nagrywa - wszak skończyło się na Music For The Masses. Wiem jedno - DM po raz kolejny pokazało, że ma gdzieś oczekiwania fanów i nagrywa taką muzykę, na jaką ma ochotę. I za to dziękuję Gore'owi, Gahanowi i - niech mu będzie - Fletcherowi. Takie podejście do tworzenia sprawia, że DM cieszy się u mnie niesłabnącym szacunkiem. Dlatego, za każdym razem, gdy czekam na nową płytę Depechów, nie mam żadnych konkretnych oczekiwań, żadnych nadziei, żadnych wyobrażeń co do dźwięków, produkcji, wokali czy kompozycji. Bo wiem, że Gore i spółka i tak zrobią coś, czego nie robili wcześniej. I jak już ukaże się nowy krążek, nie zmierzę go miarą nagrań z roku 1986, 1990 czy 2005. To nie ma sensu. Bo każda płyta to osobny, zamknięty rozdział - "napisany" w innych okolicznościach, adekwatny do czasu, w którym powstał. Nie ma kontynuacji, rozwinięć, wariacji na temat tego, co już było. I choć wielu nie chce tego zauważyć, ostatnie dwa albumy DM też wpisują się w ten układ.

A Heaven? Ktoś się spodziewał takiego singla? Ale jak to, ballada na początek? Przecież nie ma w niej nic z Personal Jesus, I Feel You czy nawet Wrong. I bardzo dobrze! No pohybel temu, co już było i mocnym numerom na start. Chociaż właściwie nie - Heaven też jest mocny. Właśnie przez to, że DM jeszcze nigdy nie zapowiadało nowego krążka takim utworem - krążącym wokół bluesa, wolnym numerem z fortepianem i gitarą na pierwszym planie. I chociaż to już moje dziewiąte z kolei oczekiwanie na nową płytę chłopców (ongiś) z Basildon - było zaskoczenie i były ciary przy pierwszym odsłuchu. Jak zawsze. Co do All That's Mine - drugiego, mocno elektronicznego kawałka z singla - na pewno bliższy jest sercom miłośników dawnych czasów, ale być może m.in. z tego powodu nie znajdziemy go na podstawowej wersji Delta Machine.

Płytka z remiksami Heaven - daje radę. Chyba najbardziej podobają mi się wersje Matthew Dear'a i Thomasa Fehlmanna. Natomiast najmniej - Owlle Remix. Zapewne dlatego, że spora częśc fanów DM chciałaby, aby właśnie tak wyglądała podstawowa wersja Heaven. Niedoczekanie. :)

sobota, 26 stycznia 2013

Muzyczne rozkosze #14: Spirit of Talk Talk


Tak, to chyba najważniejsze - twórcom antologii Spirit of Talk Talk udało się oddać ducha muzyki tworzonej przez Marka Hollisa, Lee Harrisa i Paula Webba. Na dwupłytowym tribute-albumie znalazło się aż trzydzieści utworów z repertuaru Talk Talk (jednej z moich ulubionych kapel z lat 80.). I choć mamy tu tak wielu wykonawców, całość jest muzycznie bardzo spójna. Przeważa naturalne instrumentarium - fortepian, smyczki i gitary, a jeśli pojawia się elektronika, to jest bardzo stonowana. Oczywiście trafiają się szybsze numery, ale przecież Talk Talk nie grało samych wolnych kawałków. Nie ma tu kowerów w stylu pop, synth, hip hop czy którejś z odmian metalu. Są tzw. nowe brzmienia, alternatywa, trochę psychodelii. Przyznam szczerze - nie znam większość wykonawców, którzy znaleźli się w antologii. Poza Recoil (Alan Wilder, kiedyś w Depeche Mode), który nagrał Dum Dum Girl i Inheritance oraz grupą White Lies (przygotowali własną wersję Give It Up) reszta niewiele mi mówi. Ale to nie ma znaczenia, bo Spirit of Talk Talk słucha się bardzo dobrze jako całości. Oprawę graficzną albumu, wydanego przez Fierce Panda Records, wykonał nie kto inny, jak sam James Marsh - autor wszystkich okładek płyt Talk Talk.



I tu pojawia się drugi z elementów projektu Spirit of Talk Talk - książka pod takim właśnie tytułem, nad wyglądem której czuwał Marsh (nie jest to oficjalne wydawnictwo autoryzowane przez członków Talk Talk, które kupić trzeba niezależnie od opisanych wyżej płyt z muzyką). Przepięknie wydany album, oprawiony w płótno z tłoczonymi napisami, ma 200 stron. Jego pierwsza część to historia zespołu podzielona na kilka rozdziałów, pełna fotografii, rozmów z muzykami współpracującymi z Talk Talk i oczywiście tekstów opowiadająych dzieje grupy. W drugiej części zebrano wypowiedzi miłośników zespołu - nie tylko zwykłych fanów, ale też mniej i bardziej znanych muzyków (chociażby Matt Johnson, Steve Hogarth, Rick Wright, Alan Wilder czy Robert Plant), producentów, dziennikarzy, ludzi z wytwórni płytowych i innych. Trzecia część albumu to kraina Jamesa Marsha. Przepiękna! Zawiera chyba wszystko, co Marsh zrobił dla Talk Talk. Okładki albumów i singli. Do tego ich wstępne wersje. Prawdziwa radość dla oczu! Album zamyka wywiad - ostatni, jakiego udzielił Mark Hollis. Spirit of Talk Talk to wspaniały hołd dla jednej z najważniejszych grup lat 80. I doskonały przykład na to, jak taki hołd może i powinien wyglądać.



wtorek, 1 stycznia 2013

Muzyczne rozkosze #13: The Best Of 2012


Koniec roku czasem podsumowań. W 2012 roku ukazało się sporo interesujących mnie płyt, a z tych, które trafiły na półki, te poniżej uwiodły mnie najbardziej.

1. Ultravox - Brilliant. To się nazywa powrót! Dla mnie płyta roku. Najpierw zrobili trasę w najsłynniejszym składzie: Ure, Currie, Cross, Cann (dwa lata temu ukazał się album koncertowy z tego tournee) i już tam było widać, że chłopcy dobrze się razem bawią. Bez ciśnienia i naprężeń zaszyli się w studio nagraniowym i po ponad 25 latach od ostatniego krążka stworzonego w takim składzie, nagrali rewelacyjny album. Żadnego silenia się na nowoczesność, współczesne brzmienia i trendy. Zaproponowali taką muzykę, jaka gra im w duszach i myślę, że taką, jakiej oczekiwali fani. Nie ma na tym krążku słabego punktu - jest dwanaście świetnych kompozycji, z ładnymi melodiami, z instrumentami grającymi takie dźwięki, do jakich Ultravox nas przyzwyczaił. Zobaczymy, czy był to jednorazowy strzał, czy też noworomantycznym oldboyom zechce się nagrać coś jeszcze. Wcale bym się nie pogniewał.


2. Łąki Łan - Armanda. To jest bardzo dobra płyta. Łąki Łan cały czas się rozwija; penetruje nowe muzyczne obszary nie rezygnując z tego, za co lubią ich fani - przymrużenie oka. Na Armadzie mieszkańcy łąki bawią się muzycznymi stylami, wędrując przez pop, funk, disco i hip hop. Cały czas potrafią tworzyć porywające melodie i refreny. W warstwie językowej sięgnęli po angielszczyznę. Przy nagrywaniu płyty skorzystali z pomocy Planu B (producenckiego duetu, który zrobił chociażby przebojową płytę Agnieszki Chylińskiej), co słychać, ale dla mnie jest to tylko dodatkowy atut Armady. Nowy materiał sprawdza się na koncertach, o czym przekonałem się osobiście. I cieszy, że podczas występów na żywo ŁŁ majstruje przy starych kawałkach, przysparzając im nowego oblicza.

3. Soulsavers - The Light The Dead See. O tej płycie pisałem już wcześniej. Świetny album z Davidem Gahanem w znakomitej formie wokalnej. Oby zachował taką na nowy krążek DM.

4. VCMG - Ssss. O tym krążku też już pisałem. Podejrzewam, że takiej elektroniki i w takich tempach na nowej płycie DM nie doświadczymy.

5. Rush - Clockwork Angels. Piękna rockowa płyta. Jest i gitarowe łojenie i fragmenty spokojne. A zamykający album The Garden - majstersztyk. Rush ciągle w świetnej formie.

6. Talk Talk - Live In Spain 1986. Co tu dużo pisać - koncert jednej z najdoskonalszych kapel lat 80. Czternastu utworów nagranych na dwóch płytach CD słucha się z prawdziwą przyjemnością.

7. Parov Stelar - The Princess. Tu też mamy wydawnictwo dwupłytowe. Pierwszy krążek to spokojniejsze oblicze Parov Stelar (co nie znaczy, że nie ma utworów w szybszych tempach). Parov zaprosił do współpracy wielu muzyków i wokalistów, dzięki czemu mamy miłą muzyczną różnorodność (choć oczywiście utrzymaną w stylistyce jazzu, elektro i odwołań do lat 20. i 30. ubiegłego wieku). Drugi krążek zawiera nagrania zdecydowanie parkietowe, zebrane z winyli wydanych przez Stelara między 2010 a 2012 rokiem. Nóżka sama chodzi.

8. John Foxx And The Maths - The Shape Of Things. Guru elektroniki znowu z The Maths. Płyta dobra, ale chyba nie aż tak, jak pierwsze spotkanie Foxxa z Mathsami na albumie Interplay. Tym niemniej - są świetne brzmienia elektroniczne, interesujące kompozycje (pomiędzy kilkuminutowe utwory powtykane są krótsze instrumentale) i oczywiście charakterystyczny wokal Foxxa.

9. Grzegorz Skawiński - Me & My Guitar. To drugi solowy album (a trzeci, jeśli doliczyć soundtrack z Ostatniej misji) muzyka, którego chyba nikomu nie trzeba przedstawiać. Skawiński nagrał porządny gitarowy krążek, na którym używa klasycznego rocka, rytmów funkowych, odrobiny bluesa i zagrań okołometalowych. Skorzystał ze sprawdzonej sekcji rytmicznej - na basie zagrał Waldemar Tkaczyk, a na perkusji Adam Tkaczyk (syn wiadomo czyj). Jest i śpiewająco i instrumentalnie. Całkiem fajnie wyszedł kawałek tytułowy, do którego Skawiński zaprosił grupę zaprzyjaźnionych gitarzystów: Jacka Królika, Marka Raduli, Jacka Polaka, Nergala, Piotra Łukaszewskiego i Marka Napiórkowskiego. Chętnie usłyszałbym ten materiał na żywo.

10. Trevor Jackson Presents - Metal Dance, Industrial, Post Punk, EBM, Classics & Rarities 80-88. Dwupłytowa składanka, na której znalazło się prawie trzydzieści mocno interesujących utworów. Obok wykonawców, których znałem wcześniej (np. Yello, Nitzer Ebb, Cabaret Voltaire, DAF, SPK czy Alien Sex Fiend) znaleźli się artyści dla mnie nowi i warci głębszego poznania. Dzięki takim antologiom nie dość, że człowiek się świetnie bawi, to jeszcze odkrywa rzeczy, które powinien poznać już dawno temu.

11. Clan Of Xymox - Kindred Spirits. Płyta z coverami. Nie wybitna, ale dobra. Ronny wziął na warsztat utwory wykonawców, którzy byli dla niego important i motivated przez całe jego życie. Mamy tu i Venus z repertuaru Shocking Blue, i Alice Eldritcha, A Forest The Cure, Heroes Bowiego, A Question Of Time Depechów i kilka innych hitów. Warto posłuchać.

12. Brodka - Lax. Niby tylko dwa kawałki i kilka remiksów, ale wszystko bardzo dobre i ostrzące apetyt na kolejne dokonania Brodki. Niech tylko tego nie zepsuje.

13. And One - S.T.O.P. Tak rzutem na taśmę, przede wszystkim za dołączoną do podstawowej wersji albumu EP-kę Treibwerk. Tak właśnie powinno grać And One - jak w kawałkach Get It! czy H.A.T.E. To jest porządne EBM.

Przyznaję, nie kupiłem jeszcze ostatniego Dead Can Dance, które zapewne znalazłoby się w tym zestawieniu. Ale co się odwlecze, to nie uciecze.

poniedziałek, 15 października 2012

Muzyczne rozkosze #12: VCMG, Soulsavers & Gahan


Nowa płyta Depeche Mode już niemal gotowa, zaraz ruszy promocyjna i koncertowa machina. Zupełnie nie wiadomo, czego się po DM spodziewać. Dwie podstawowe persony w zespole, czyli Gore i Gahan, są teraz muzycznie niemal na przeciwległych biegunach. Wystarczy spojrzeć na to, co zaoferowali nam w swoich pobocznych projektach, które ujrzały światło dzienne w tym roku. Najpierw Martin, wspólnie ze starym kumplem Vincem Clarkiem, wydał płytę pod szyldem VCMG. Na krążku pod tytułem Ssss znalazły ujście elektroniczno-taneczne ciągoty założycieli DM. Dostaliśmy dziesięć kompozycji ocierających się o klasyczne techno, pop, elektro itp. Dzięki temu, że instrumentalne kawałki zbudowane są z bardzo różnych brzmień i wiele się w nich dzieje, płyta nie jest tak monotonna, jakby mogło się wydawać. Słychać w niej dojrzałość twórców i świetny muzyczny warsztat, choć tak naprawdę to tylko muzyka do zabawy.

Diametralnie inną muzykę zaproponował Dave Gahan, który nagrał znakomitą płytę z grupą Soulsavers. Jeśliby szukać odwołań do tego, co słychać na The Light The Dead See, to pierwsze skojarzenia biegną w kierunku Pink Floyd i Leonarda Cohena oraz bluesa i gospel. Płytę wypełniają brzmienia gitarowe, wzbogacane smyczkami i instrumentami klawiszowymi, ale dalekimi od tego, co oferuje DM czy VCMG. Nie ma tu szybkich kompozycji. Ale to nie znaczy, że muzyka na krążku jest spokojna i kojąca. Emocje kipią z niemal każdego kawałka. Patrząc na to, jak Gahan dopasował się do Soulsavers, nie będzie dziwnym, jeśli pojawi się za jakiś czas ich kolejna wspólna płyta. Ba, nie będzie dziwnym, jeśli Gahan podziękuje DM i będzie realizował się dalej z nowym składem.

Zanim jednak do tego dojdzie, czeka nas spotkanie z nowym krążkiem Depeche Mode. Choć producent ten sam, co przy ostatnich dwóch albumach, to zupełnie nie wiadomo, czego się spodziewać. Tym bardziej biorąc po uwagę ostatnie dokonania panów G. Jestem jednak przekonany, że dostaniemy płytę niepodobną do żadnej z wcześniejszych, tak jak to zresztą było do tej pory. I właśnie za to tak cenię DM.

sobota, 7 lipca 2012

Muzyczne rozkosze #11: Kafel, Klaus Mit Foch

O ile na reedycję płyty Mordoplan czekałem z utęsknieniem i nadzieją (karmioną tym, że ukazuje się teraz sporo nagrań niepublikowanych od lat 80.), o tyle wznowienia na CD nagrań gurpy Kafel zupełnie się nie spodziewałem. Raduję się więc podwójnie!


Mój egzemplarz winyla Mordoplan - jak sądzę - spoczywa w kartonie w piwnicy nieużywany od początku lat 90. (opuszczając rodzinny dom rozstałem się z gramofonem). Przez ostatnią dekadę ratowałem się płytą CD-Rom, na którą ktoś zrzucił zawartość jedynego czarnego krążka, wydanego przez grupę Klaus Mit Foch. Na szczęście nadszedł rok 2012 i po 24 latach od premiery, jedna z najciekawszych polskich płyt zimno/nowo falowych została wznowiona na CD. Na pytanie o zespół Klaus Mitffoch i jego płytę, wszyscy odpowiadają niemal zgodnym chórem - jedna z najlepszych polskich płyt lat 80. oraz Lech Janerka. I ja się z tym zgadzam absolutnie (Janerka od zawsze jest moim polskim numerem jeden). Nie zgadzam się natomiast z niedocenieniem i niemal całkowitym zapomnieniem tego, co nagrał Klaus Mit Foch. Jak wiadomo - Janerka opuścił macierzystą formację jeszcze przed wydaniem debiutanckiej płyty. Część zespołu, uzupełnionego przez dodatkowe osoby (w tym nowego wokalistę Pawła Chylińskiego), pod zmienioną nazwą, kontynuowała działalność koncertową i nagraniową. Z działalności tej, zakończonej w 1989 roku, zrodził się jeden krążek. Mordoplan, bo o nim mowa, to dziesięć utworów z ciekawymi partiami basu, porządnymi, rozwleczonymi gitarami, uzupełnionymi przez skrzypce i nienachalną elektronikę. Takie kawałki, jak Słony, Tife tife, Ostatnie wakacje czy Chciałbym się rozpędzić do tej pory robią bardzo dobre wrażenie (muzyków Klausa Mit Focha uważano za znakomitych instrumentalistów, a ich dokonania porównywano z tym, co robił w tamtym okresie King Crimson). Zresztą - cała płyta, jak dla mnie, broni się jako przedstawiciel dobrej muzyki z lat 80. (a niech tam - w ogóle polskiej muzyki rockowej). Mordoplan na CD ukazał się dzięki wydawnictwu Rita Baum w nakładzie 500 egz. z których tylko 350 trafiło do sprzedaży.


Już nie pamiętam, jak kaseta grupy Kafel trafiła w moje ręce. Był początek lat 90. - czas, gdy ukazywało się w Polsce sporo kaset z muzyką generowaną za pomocą instrumentów elektronicznych (głównie były to całkiem interesujące poszukiwania w krainie muzyki, nazwijmy ją ogólnie - industrialnej). Kafel był jednak obok zasadniczego nurtu grup skupionych w wydawnictwie SPV - kasetę Egzalte wydał własnym sumptem. zresztą - bardziej był elektroniczny i synth niż industrial. I chyba dlatego spodobał mi się najbardziej. Szczeciński duet (działający początkowo jako trio m.in. z debiutującą na muzycznej scenie Kasią Nosowską) tworzył swoją muzykę przy pomocy komputera Amiga, klawiszy i samplerów Roland, Casio i Yamaha oraz szpulowych magnetofonów. Efekty pracy Darka Krzywańskiego, zajmującego się komponowaniem i obsługą całego instrumentarium, były wręcz znakomite! Egzalte słuchałem notorycznie, a wisienką na torcie okazała się możliwość zobaczenia Kafla na żywo w kwietniu 1992 roku. Niestety, w tym samym roku zespół zakończył działalność. I teraz, po 20 latach, wszystkie nagrania Kafla (z lat 1982-1992) zostały wznowione na CD. I to jak wznowione! W czarnym tekturowym pudełku mamy dwie płyty CD. Na pierwszej są elektroniczne eksperymenty z lat 1982-1986, a na drugim - cztery utwory z okresu, gdy w Kaflu śpiewała Nosowska oraz siedem kompozycji, które pierwotnie znalazły się na kasecie Egzalte. Całość reedycji (tylko 300 numerowanych egz.) uzupełnia bogato ilustrowana książeczka. Muzyka Kafla jest do cna elektroniczna, mroczno-melancholijna. Bardzo dobre wrażenie robią wokale Andrzeja Kwinto, którego głos świetnie pasuje do syntetycznych brzmień. I co ważne - Kafel pracuje nad nowymi kompozycjami!

A skoro piszę o reedycjach, to wszystko na to wskazuje, że jesienią wreszcie ukażą się na kompakcie Piosenki Lecha Janerki!