wtorek, 7 lutego 2012

39. Angouleme


Jeszcze trochę, a zostanę stałym bywalcem komiksowego festiwalu w Angouleme. W ostatni weekend stycznia, na największej komiksowej imprezie w Europie stawiłem się już po raz piąty. Było interesująco i owocnie, pod wieloma względami. Największe wrażenie zrobiła na mnie wystawa prac Arta Spiegelmana - prezydenta tegorocznej edycji festiwalu. Jak każda ekspozycja, przygotowana w Centrum Komiksu w największej sali wystawienniczej, prezentowała się niezwykle okazale. Masa rozmaitych rekwizytów związanych z komiksami i życiem Spiegelmana, szkice, projekty, plansze... Uzupełnieniem ekspozycji była świetna wystawa komiksu undergroundowego, w większości przygotowana z prywatnych zbiorów Arta, a pokazana w Muzeum Komiksu. Sam autor, jak na gwiazdę przystało, zachowywał się jak gwiazda.

Nam, czyli ekipie MFKiG, wspartej m.in. przez Pawła Timofiejuka z Komiksowej Warszawy, udało się przeprowadzić szereg konkretnych rozmów z rozmaitymi autorami lub agentami autorów z wielu różnych krajów, co przy sprzyjających wiatrach przełoży się na ich obecność w Łodzi lub Warszawie. Zapowiadają się zarówno powroty tych, co już byli, jak i przyjazd zupełnie nowych twarzy. Pojawili się też chętni do realizacji projektu City Stories, nawet z bardzo odległych krajów. Warto trzymać kciuki. :)


Trudno przyjechać z Angouleme z pustą walizką. Jak co roku kupiłem przede wszystkim niemy komiks, bo niespecjalnie czytam po francusku. Wybór padł na Les aventures d'un homme de bureau japonais hiszpańskiego rysownika Jose Domingo. Znakomita, pełna nagłych zwrotów akcji, momentami śmieszna, a momentami rozczulająca historia pana, który wyszedł z biura chcąc najprawdopodobniej dotrzeć do domu. Nabyłem też 960-stronicową cegłę 1001 Comics you must read before you die, zawierającą nieliczne elementy polskie, która nie jest może wydawnictwem idealnym, ale mimo wszystko wartym posiadania. A jako fan serii XIII wzbogaciłem się o pierwszy zeszyt tej serii (nie album - najprawdziwszy zeszyt z fragmentem pierwszego albumu) wydany w 2005 roku na rynku amerykańskim.


Festiwal w Angouleme przygotował specjalną ekspozycję L'Europe se dessine, prezentującą prace zaproszonych autorów z wszystkich krajów wchodzących w skład UE. Wystawie towarzyszy katalog, w którym znaleźć można plansze Jacka Frąsia i Jakuba Rebelki (scenariusz dla tego drugiego napisał Bartek Sztybor, ale Francuzi niestety postanowili tego nie odnotować; dobrze, że Jakub wpisał nazwisko Bartka na swoją pierwszą planszę). Ze znanych mi autorów (a także znanych chociażby publiczności MFKiG) na wystawie znaleźli się też m.in. Milo Manara, Matei Branea i Jaromir 99. I choć wielu autorów (a zwłaszcza Polacy) stanęli na wysokości zadania, to wystawa nie zachwyca. I wbrew oczekiwaniom Francuzów (oraz oczekiwaniom ich kieszeni) - nie odwiedzi zbyt dużej liczby europejskich festiwali, a po to m.in. została stworzona. W Angouleme spotkaliśmy się też z przedstawicielką węgierskich komiksiarzy, która obdarowała nas kilkoma publikacjami. Trudny to język. :)

Te kilka powyższych zdań niech uzupełni drobna fotorelacja.

środa, 4 stycznia 2012

Muzyczne rozkosze - #9


Rok temu się nie udało, więc w tym bez zbędnego ociągania się podsumowuję mój muzyczno-płytowy rok (w 2009 było tak). Wybrałem tylko premiery roku 2011, bo płyt na półkach pojawiło się trochę więcej. Kolejność w zasadzie przypadkowa.

1. Łąki Łan - XVII Przystanek Woodstock. W tej chwili to najczęściej słuchana przeze mnie płyta. Choć ŁŁ ma na koncie tylko dwa studyjne krążki, to właśnie wydawnictwa koncertowego (a takim jest opisywany tu album) najbardziej po "owadach" oczekiwałem (czy może "łąkowcach" bo przecież skład bezkręgowców uzupełniają zając i jeż :). Wydawnictwo jest 2-płytowe - jeden krążek to DVD, drugi - CD. Świetny kontakt z publicznością, niesamowita energia, pomysłowość choreograficzna i repertuarowa oraz disco-funk-punk-psycho moc! Wielbię ich za to! W ubiegłym roku byłem na koncertach ŁŁ co najmniej dwa razy (poniższe zdjęcie z show w Wytwórni). Ale z tym, co panowie pokazali na Woodstocku chyba nic nie może się równać.


2. Waltari - Covers All! Płyta z dopiskiem 25th Anniversary Album. Z okazji ćwierćwiecza muzykowania moi ulubieni Finowie nagrali krążek z kowerami. W swoim crossoverowym stylu, gdzie obok metalu i brzmień elektronicznych pojawiają się nawet trąbki i ska (trzeba posłuchać, jak przerobili Caught In A Mosh Antraxu!). Waltari zrobiło też swoje wersje m.in. Give It To Me Madonny, Look Back In Anger Davida Bowie, One Hundred Years The Cure, Infinite Dreams Iron Maiden czy Saucerful Of Secrets Pink Floyd. Ortodoksów te kowery mogą razić - mnie podobają się bardzo.

3. Depeche Mode - Remixes 81-11. Druga w dyskografii zespołu składanka z remiksami. Warto sięgnąć tylko po wydanie 3-płytowe. Na krążkach prawie 40 utworów, wśród których - co ciekawe - remiksy Vince'a Clarke'a i Alana Wildera, byłych depeszowców. O albumie pisałem już wcześniej.

4. John Foxx & The Maths - Interplay. Chyba jeden z najlepszych krążków Foxxa w ostatnich latach, a może i w całej karierze. Tak się robi znakomitą muzykę elektroniczną! Głębokie, czyste brzmienia, porządne kompozycje, zróżnicowane tempa. A jak brzmi na żywo! W zeszłym roku udało mi się być na koncercie Foxxa i The Maths, o czym nie omieszkałem wspomnieć.

5. Rush - Time Machine. Czyli Live In Cleveland. Dwie płyty wspaniałej rockowej muzyki nagranej na żywo. Aż nie chce się wierzyć, że na scenie jest tylko trzech muzyków. Przekrój przez twórczość Rush pokazujący, że zawsze jest czas i miejsce dla rocka z klasą.

6. Hercules & Love Affair - Blue Songs. Polecone przez przyjaciela mego Kwiata. Polecił doskonale. Pobrzmiewają lata 80., ale jest przy tym nowocześnie. Kawałki każą tańczyć, zarówno te szybkie, jak i te spokojniejsze. Ładne wokale, muzycznego podkładu w sam raz, bez zbytniego przeładowania. Pop w doskonałym wydaniu.

7. Das Moon - Electrocution. Drugi w zestawie polski wykonawca. Nadal się podoba, więc jest dobrze. Więcej o tym krążku napisałem tutaj.

8. IamX - Volatile Times. Nie jest to mój ulubiony krążek Chrisa Cornera, ale filigranowy Brytyjczyk nadal nie schodzi poniżej dość wysokiego poziomu. Na koncercie IamX też udało mi się być w 2011 roku i tu, w odróżnieniu od krążka - był to chyba ich najlepszy koncert na jakim byłem.


9. Rammstein - Made In Germany. Mam wersję jedynie tę 2-płytową, ale jako podsumowanie dotychczasowej działalności Niemców dla mnie jest w sam raz. Jeden krążek to zbiór największych hitów Rammstein. Drugi - zestaw remiksów. A wśród remikserów same sławy (dzięki nim jest bardzo różnorodnie): Faith No More, Clawfinger, Westbam, Junkie XL, Pet Shop Boys, Laibach, Scooter, Hurts i paru innych. Jest ciekawie.

10. VCMG - Spock. Tak awansem, bo to tylko EP-ka zapowiadająca krążek, który ma się ukazać w 2012 roku. Krótko mówiąc - techno w wykonaniu Vince'a Clarke'a i Martina L. Gore'a. Brzmi ten kawałek rewelacyjnie, a i remiksy są niczego sobie. Oj, będzie się działo na parkietach!

wtorek, 15 listopada 2011

South Film

O grupie filmowej South, do której należę, już kiedyś pisałem. W ostatnie wakacje spotkaliśmy się znowu, by nakręcić kolejny film. I on się montuje. Ale Robi - mistrz wyczucia czasu, miejsca i prawdy ekranu - z kilku ujęć naprędce zmontował coś, co przez kilka dni obejrzało już kilkanaście tysięcy osób. Oto ten film:



Przy okazji postanowiliśmy założyć bloga, na którym będzie można znaleźć wszystkie nasze filmy z opisami, fotograficzną kronikę naszych działań, wzmianki prasowe itp. Blog jest tak zaadresowany: southgrupa.blogspot.com. Zaglądajcie!

niedziela, 6 listopada 2011

Muzyczne rozkosze - #8


Koncertowe DVD Devo to pokłosie bytności na tegorocznym Castle Party. Wypatrzyłem je na stoisku Niemców, u których co roku nabywam coś interesującego. Od zawsze wiadomo, że Devo to wariaci (oczywiście w dobrym znaczeniu tego słowa, o ich ostatniej płycie pisałem tutaj). Live 1980 potwierdza to w całej rozciągłości. Przebieranki (ze słynnymi czapkami i kombinezonami na czele), synchroniczne tańce, odrobina teatru i intrygujące wideo-projekcje. A wszystko to do jedynej w swoim rodzaju new wave'owej muzyki (w pierwszej części seta bardziej elektronicznej, w drugiej - gitarowej). Na DVD znalazły się utwory z pierwszych trzech płyt kwintetu. Jakość nagrania to oczywiście żadne HD ani 3D, ale to co dzieje się na scenie, w całości rekompensuje momentami niedomagający obraz (bardzo charakterystyczny dla lat 80. zresztą).

W tym roku udało mi się również zdobyć antologię Pioneers Who Got Scalped, będącą znakomitym przekrojem przez twórczość Devo. Elegancko wydana dwupłytowa składanka (z trójwymiarową okładką!) , oprócz utworów w podstawowych wersjach, zawiera sporo mixów i wersji alternatywnych - w sumie równe 50 utworów! Słucha się z tego przyjemnością.

czwartek, 3 listopada 2011

Loża 44


Zacznę od cytatów kilku:
Nowe tytuły w naszej biblioteczce zdrowia: Prof. dr A. Samboleń - "Pierwsza pomoc w obrazkach", Dr W. Doktor - "Samopomoc chłopska i kobieca", P. Czernik, B. Wypych - "Bądź alfą i gametą medycyny". Z ogłoszeń drobnych: Pól domku jednorodzinnego, garaż, ogródek z altanką, zegarek "pobieda", kożuch krótki - przegrałem 26 ubiegłego miesiąca. Kondolencję przyjmuję. Siemikut. Józef. I jeszcze takie: Suknię ślubną, najnowszy fason - mam na sobie od 3 dni. Oferty - "Pieszczocha". 12352 oraz fragment programu telewizyjnego: 14.10 Magazyn Medyczny "Eskulap", a w nim: film instruktażowy dla dających zastrzyki pt. "Na wylot", felieton "Od ucha do ucha" poświęcony ciężkiej pracy laryngologów, pogadanka toksykologiczna "Grzyby prawie jak jadalne", na zakończenie omówienie nowych poradników dla chirurgów-amatorów - "Wykroje i wzory"oraz "Zrób to sam".

Ukazało się właśnie DVD ze skeczami mojego ulubionego kabaretu, niestety trochę chyba zapomnianego i równie niestety - niedocenionego. Choć w latach 80. Bractwo Satyryczne Loża 44 miało swoje pięć minut, pokazując się w niezwykle popularnych wtedy Spotkaniach z balladą i zyskując jako takie znaczenie (zresztą - może było ono większe niż mi się wydaje, a może niekoniecznie), to jednak o ekipie posługującej się tekstami Irosława Szymańskiego do dziś pamiętają jak sądzę, wybrani. Na dość krótkim czasowo DVD znalazły się skecze Loży z lat 1981-1983, wycięte z trzech odcinków Spotkań z balladą. Wiele i śmiesznie mówią o tym, jak było w PRL-u w latach 80. I co ważne - niemało tam treści ponadczasowych, aktualnych także dzisiaj.

Gdy obejrzałem DVD natychmiast sięgnąłem na półkę po Notatki z marszu Szymańskiego (to z nich pochodzą powyższe cytaty). Znakomita satyryczna lektura - od tekstów wywołujących głośny, zdrowy śmiech po, czasami nawet gorzkie, refleksje. Ponad 250 stron przedniej, inteligentnej zabawy. I cóż - niecierpliwie czekam na kolejne płyty z archiwaliami Loży 44.

niedziela, 23 października 2011

Muzyczne rozkosze - #7


To była nieziemska rozkosz muzyczna! I spełnienie jednego z najważniejszych koncertowych marzeń. Tydzień temu wybrałem się do Krakowa na Unsound Festival. A właściwie na jedno z festiwalowych wydarzeń - występ Johna Foxxa. Fanem Foxxa jestem od jednej z marcowych audycji Tomasza Beksińskiego, nadanych przez radiową Dwójkę w 1986 roku. Od tamtej pory staram się śledzić jego karierę i być na bieżąco z dość bogatą dyskografią. Chłonę jego dokonania zarówno te z lat dawnych, z czasów Ultravox i początków solowej kariery, jak i najnowsze - od ambientowych dokonań (np. cykl Cathedral Oceans), przez płyty wydawane z Louisem Gordonem po te najnowsze, stworzone z The Maths. Nie jest to proste, bo Foxx potrafi nagrać kilka płyt w roku z zupełnie różnymi artystami.


Do Krakowa John przyjechał z The Maths, ale grał nie tylko utwory z rewelacyjnej płyty Interplay (miłośnicy dobrej muzyki elektronicznej muszą mieć na półce ten krążek). Sięgnął też po kawałki z początku lat 80., łącznie z nieśmiertelnym Underpass, wykonanym na bis. W sumie wykonał około 15-16 utworów, w większości ozdobionych ciekawymi wizualizacjami. Na scenie towarzyszyło mu troje muzyków - dwie niewiasty (jedna grała na klawiszach i skrzypcach, druga na klawiszach i gitarach) oraz schowany za Foxxem mężczyzna obsługujący m.in. perkusję Simmonsa (tego brzmienia nie da się pomylić z żadnym innym). To była prawdziwa muzyczna uczta i rozkosz dla uszu. Jedyny mankament - brak sklepiku, w którym można byłoby uzupełnić braki w dyskografii.



sobota, 8 października 2011

Muzyczne rozkosze - #6


Jak co roku - z festiwalu w Bolkowie wróciłem z firmową składanką prezentującą wybranych wykonawców najmroczniejszej polskiej imprezy muzycznej. Castle Party 2011 powiela niestety schemat swoich poprzedniczek - w zestawie utworów jak zwykle brakuje kilku istotnych wykonawców, którzy na CP zagrali (lub mieli zagrać, bo jak wiadomo, część koncertów w tym roku została odwołana z powodu złej pogody). Przykładowe braki - Suicide Commando i Fixmer/McCarthy. Ci drudzy co prawda nie zagrali, ale nie wystąpił też Atari Teenage Riot, a na płycie i owszem, jest. Poza opisanym mankamentem - składanka jest dość interesująca i pokazuje różnorodność muzyki prezentowanej w Bolkowie. Z jednej strony mamy elektroniczno-metalowy Dope Stars Inc., z drugiej - mocno elektroniczną paczkę złożoną z Atari, Controlled Collapse, Project Pitchfork i Santa Hates You, z trzeciej - coś dla miłośników gotyku (ale chyba niekoniecznie dla mnie), czyli Closterkeller, Nosferatu, monoLight, Diary Of Dreams, Bratrstvo Luny, a z czwartej - chociażby The Cuts czy Śmiałka. Niestety, uboga jest poligrafia płyty - brakuje jakichkolwiek informacji o wykonawcach, a przede wszystkim o samej imprezie. Kilka zdań po polsku i angielsku to obowiązkowe minimum. Na szczęście jest trochę cieszących oko fotografii.

Mam nadzieję, że na jednej z kolejnych składanek Castle Party znajdzie się nowy, ciekawy polski zespół, który na bolkowskiej scenie sprawdziłby się bez najmniejszego problemu. Mowa o Das Moon. Usłyszałem o nich w radiowej Trójce. Gdy tylko pojawił się w sklepach Electrocution - debiut warszawskiego kwintetu, natychmiast znalazł się w moim odtwarzaczu. W muzyce Das Moon spotykają się Kraftwerk, Depeche Mode oraz industrialna szorstkość i odrobiona elektro-gotyku. Jest melodyjnie, ale też niepokojąco i chłodno. Albumu, zaśpiewanego po angielsku i niemiecku, słucha się z przyjemnością od początku do końca (włącznie z bonusami - kowerem Das Model i jednym utworem po polsku). Liczę teraz na jakieś spotkanie na żywo z Das Moon. Z niecierpliwością będę też oczekiwał kolejnego krążka, bo ten pierwszy narobił mi dużego apetytu.