wtorek, 6 stycznia 2015

2014 - autopodsumowanie

Podsumowania są dobre. Jak zatem wyglądał mój komiksowo-zawodowy 2014 rok?

Po pierwsze - zrobiliśmy 25. edycję Międzynarodowego Festiwalu Komiksu i Gier. Wydaje mi się, że program części komiksowej, który leży w mojej gestii, wypadł co najmniej przyzwoicie. O festiwalu napisano i powiedziano przez ostatni kwartał wiele - jeśli chodzi o moją działkę wiem, co jeszcze można, wypada i należy poprawić. Będę się starał. Poza MFKiG udało mi się być w 2014 roku na: Dziecięcych Spotkaniach z Komiksem w Pacanowie, III Krakowskim Festiwalu Komiksu, Bydgoskim Konwencie Komiksu i Gier, Festiwalu Komiksowa Warszawa oraz DwuTakcie w Toruniu.

Po drugie - byłem współredaktorem dwóch publikacji festiwalowych: katalogu wystawy konkursu na krótką formę komiksową oraz specjalnego wydawnictwa podsumowującego 24 edycje MFKiG. Myślę, że obie pozycje są jak najbardziej udane.


Po trzecie - ogarnąłem (a jakże - z pomocą wolontariuszy oraz ekipy z Łódzkiego Centrum Komiksu) kilka wystaw - pokazanych właśnie w ŁCK. Były to ekspozycje prac Kajetana Wykurza, Adriana Madeja i Michała Arkusińskiego. Wydarzyła się też specjalna wystawa z okazji 75. urodzin Batmana (a przy okazji całodniowa impreza poświęcona Gackowi). No i była łódzka premiera Gillesa McCabe'a Daniela Gizickiego i Basi Okrasy (połączona z wystawą oczywiście).



Po czwarte - udzielałem się warsztatowo i spotkaniowo. Po raz kolejny można mnie było roboczo spotkać w Europejskim Centrum Bajki w Pacanowie na Dziecięcych Spotkaniach z Komiksem. Ponadto komiksowe warsztaty poprowadziłem wolontaryjnie m.in. w Młodzieżowym Ośrodku Wychowawczym Nr 3 w Łodzi (robię to rokrocznie od dłuższego czasu), w Miejskim Domu Kultury w Opocznie czy Bibliotece Miejskiej w Łowiczu. Poza tym, bazując na swoim doświadczeniu pismaczym, przeprowadziłem kilka warsztatów dziennikarskich dla młodzieży.


A skoro jesteśmy przy dziennikarstwie, to po piąte - od czasu do czasu zdarza mi się jeszcze coś napisać, jak choćby wywiad z Krzyśkiem Ostrowskim czy tekst o Marcinie Podolcu, które ukazały się w miesięczniku Kalejdoskop. A w ogóle, to w kwietniu 2014 roku minęło 25 lat od mojego dziennikarskiego debiutu na łamach Świata Młodych.

Po szóste - pisanie jednak (poza zajmującymi najwięcej mojego zawodowego czasu sprawami związanymi z ŁCK, MFKiG i innymi projektami), to przede wszystkim scenariusze. Nie ma ich niestety zbyt wiele, nie wszystkie trafiają ostatecznie do realizacji, ale nadal zdarza się, że rysownicy zamieniają je na kadry i plansze. Wspólnie z Robertem Trojanowskim, nieustająco bawimy się w Pika i Robiego. Ożywiłem naszego bloga zwiększając trochę częstotliwość wpisów. Większość żartów to pomysły Roberta, ale i moje czasem się trafiają. Ale co najważniejsze - jesienią dostaliśmy do dyspozycji całą stronę w miesięczniku Ziemia Łódzka i publikujemy tam komiksy o Łódzkiem. Właśnie powstaje piąty odcinek, a czwarty chyba się niedawno wydrukował. Tak wyglądał pierwszy odcinek, tak drugi, a tak trzeci. Wszystkie historyjki do Ziemi Łódzkiej wymyśla moja głowa. Udało nam się też zamieścić kadr w projekcie Pieces Book 2. Z kolei Tomek Tomaszewski narysował do mojego scenaria szóstą część przygód Dalkiusza, które przygotowujemy dla jednej z firm energetycznych. A może przygotowywaliśmy? Bo niestety, firma ta zmienia właściciela i nazwę, więc los Dalkiusza jest chyba przesądzony...



Po siódme - z ciekawostek: po tym, jak w czerwcu 2013 roku wspólnie z Pawłem Kwiatkowskim jako Henryk i Hiacynt puszczaliśmy muzykę do tańca w klubie 6. Dzielnica - po głowie chodziło nam powtórzenie tej zabawy. W roku 2014, tym razem w Bagdad Cafe, stałem się Henrykiem dwukrotnie, grając raz z DJ Simpsonem, a raz drugi - też z DJ Simpsonem i z Hiacyntem, który za pierwszym razem nie mógł, bo wyjechał. W lutym 2015 pojawimy się ponownie za muzycznymi sterami w Bagdadzie. I znowu będą do nas przychodzili ludzie prosząc, abyśmy w końcu zagrali coś do tańca. :)

Po ósme - rozpocząłem w 2014 roku dwa przedsięwzięcia, z których jedno na pewno w tym roku znajdzie swój finał. I to jeszcze w styczniu - w tym wypadku chodzi o anonsowane już na facebooku zbiorcze wydanie gazetki eMeFKa News. Drugie przedsięwzięcie też jest okołokomiksowe, ale na razie zbyt mało się przy nim zrobiłem, by napisać tu cokolwiek.

Wygląda na to, że rok 2014 nie był taki najgorszy. :)

czwartek, 1 stycznia 2015

Muzyczne rozkosze #21: The Best Of 2014


 Przyznam, że w zeszłym roku nie śledziłem zbyt mocno nowych trendów, nie szukałem za bardzo nowych twarzy. Postawiłem raczej na zaufane marki. 2014 stał u mnie zdecydowanie pod znakiem członków zespołu Yello, mimo że Szwajcarzy nie wydali nowego albumu. A zestawienie ulubionych zeszłorocznych krążków prezentuje się o tak:

1. Boris Blank - Electrified. Morze rewelacyjnej muzyki! Podstawowa wersja zbioru kompozycji muzycznego mózgu Yello trafiła do sklepów pod koniec roku, ale wcześniej można było wejść w posiadanie wypasionego boxu. Co też uczyniłem, pisząc o jego zawartości w ten sposób.

2. Depeche Mode - Live in Berlin. Po wydanej w 2013 roku płycie Delta Machine, DM ruszyło w trasę, dokumentując ją koncertowym wydawnictwem, nakręconym i nagranym w stolicy Niemiec. Mnie się bardzo podoba - wizualnie i muzycznie, ale jak zawsze - malkontentów nie brakuje.

3. Dieter Meier - Out of Chaos. Solowa płyta wokalisty Yello. Chyba zaskoczenie roku, na plus oczywiście. Repertuar i na serio, i z przymrużeniem oka, ale zawsze porządny. Tak pisałem o tej płycie.

4. Boris Blank & Malia - Convergence. Wszystko co najlepsze w muzyce Blanka plus zmysłowy wokal śpiewaczki znanej m.in. z wsześniejszej współpracy z Yello. Znakomity pop, o którym pisałem tak.

5. David Bowie - Nothing has changed. Tylko w wersji 3-płytowej! 59 utworów, czyli best of Bowie - od Lisy Jane z 1964 do tegorocznego, premierowego kawałka Sue (or in a season of crime). Prawdziwa muzyczna uczta.

6. Kartsy - Away. Drugi solowy krążek lidera fińskiej grupy Waltari. Myślę, że lepszy niż ten pierwszy, ale nie jest to płyta wybitna. Dobre, gitarowe pop-rockowe granie skierowane raczej do słuchaczy będących w wieku muzyków, wspierających Kartsy'ego w nagraniu Away (czyli do młodzieży zasadniczo). Tym niemniej - jest na tym krążku kilka momentów przyjemnie wpadających w ucho.

7. Midge Ure - Fragile. Lider Ultravox ponownie solo. Bardzo spokojna płyta, z jednym szybszym kawałkiem. Przyjemnie się tego słucha, jeśli lubi się wokal Ure'a i nie oczekuje, że będzie grał jak w latach 80.

8. Fisz Emade Tworzywo - Mamut. Jak nie przepadam za twórczością braci Waglewskich, tak ich zeszłoroczne wydawnictwo przypadło mi do gustu. Chyba przez te dźwięki i to brzmienie, pięknie wchodzące w uszy. No i słucham sobie od czasu do czasu bez znudzenia, a nawet ze sporą satysfakcją.

9. Das Moon - Weekend in Paradise. Druga płyta polskiego trio z kręgu brzmień mrocznych i mocno syntetycznych. Jak dla mnie - dobrze zagrane, zasadniczo dobrze skomponowane (choć bywają momenty, gdy brakuje kropki nad i).

10. Sonda 2 - muzyka z programu telewizyjnego. Zgodnie z tytułem - druga część instrumentalnych utworów, wykorzystywanych w kultowym, popularno-naukowym programie z czasów PRL-u. Tym razem obok zagranicznych kompozycji znalazły się kawałki m.in. SBB, Komendarka, Dudy i Hertla. Czysta przyjemność słuchania.

Z kilkoma zeszłorocznymi płytami nie zdążyłem się zapoznać, mimo chęci. Bo przecież: dwa nowe krążki Johna Foxxa, nowe Simple Minds, Borghesia, Bryan Ferry czy Pink Floyd. Takie życie... A tu coraz więcej ciekawych zapowiedzi na rok 2015.

sobota, 8 listopada 2014

Muzyczne rozkosze #20: Boris Blank - Electrified


Boris Blank jest jednym z najbardziej uwielbianych przeze mnie kompozytorów i muzyków, stawianym właściwie na równi z Martinem Gore i Lechem Janerką. Taka to moja muzyczna trójca, chyba niekoniecznie święta. Wśród wymienionych kolegów Boris błyszczy w tym roku światłem najjaśniejszym.

Osobom, które interesują się dobrym, nie do końca oczywistym popem, Blanka przedstawiać nie trzeba. To muzyczny mózg szwajcarskiego duetu Yello. Boris komponuje jednak nie tylko dla swojej macierzystej formacji. Dał temu ostatnio wyraz dwukrotnie. Najpierw, wspólnie z Malią, wydał bardzo przyjemną płytę Convergence. Teraz światło dzienne ujrzał niezwykły box, pełen cudownej, praktycznie tylko instrumentalnej, muzyki.

W maju tego roku na Kickstarterze ruszyła akcja zbierania pieniędzy na wydanie boxu z solową twórczością Blanka. Wystarczył niecały miesiąc, by około siedmiuset fanów uskładało ponad 62 tysiące funtów na zrobienie Electrified. Jak to zwykle bywa przy tego rodzaju przedsięwzięciach, w zależności od wielkości wkładu można było liczyć na rozmaite profity. Najbardziej atrakcyjny był pakiet za pięć tysięcy (w liczbie dwóch sztuk) - zwiedzanie Zurichu z Borisem, lunch, wizyta w Yello Studio ze słuchaniem tego, nad czym muzyk pracuje, spacer oraz wykwitna kolacja. A jakże - bez problemu znalazło się dwóch nadzianych fanów Blanka.


Box naprawdę daje radę - i jako wydawnictwo, i - przede wszystkim - muzycznie. W pokaźnych rozmiarów pudełku znalazły się: trzy płyty winylowe, kaseta (!), trzy płyty CD i jedna DVD zamknięte w małym pudełeczku oraz publikacja z intrygującymi fotografiami wykonanymi przez Blanka. Na winylach i na dwóch płytach CD dostaliśmy ten sam materiał - zasadniczą część Electrified składającą się z 45 utworów. Trzeci krążek CD to z kolei ten sam materiał co na kasecie, czyli Rote Fabrik z piętnastoma utworami z lat 1977-1983.

I teraz najważniejsze, czyli to co piękne dla zmysłu słuchu. Blank jest muzycznym cudotwórcą. Znakomicie odnajduje się w muzyce tanecznej, klubowej, co zresztą udowodnił na niejednej płycie Yello. Także i na Electrified nie brakuje kawałków parkietowych. Big Beans, Future Past czy Night Train wręcz każą tańczyć. Podobnie jak delikatnie kraftwerkowy Elektro Kabinett. Ale jest na Electrified bardzo dużo utwórów spokojnych, wręcz medytacyjnych, które bez problemu odnalazłyby się na niejednej filmowej ścieżce dźwiękowej. Oczywiście nie brakuje w utworach Blanka dźwięków, z których korzystał przy nagrywaniu płyt Yello. Zresztą - jak sam mówi - zdarza mu się pracować nad 70 kawałkami jednocześnie! Co więcej - korzysta z elektronicznych instrumentów skonstruowanych wyłącznie dla niego. I to słychać, bo brzmnienie muzyki Blanka i ogromna paleta dźwięków, z których korzysta, są niepowtarzalne. Electrified to jeden z najlepszych moich zakupów muzycznych ever!

niedziela, 2 listopada 2014

Przybij piątkę komiksowi!


Damian Maksymowicz z DCManiaka nominował mnie do zabawy Przybij piątkę komiksowi, której celem jest promowanie historyjek obrazkowych. Zabawa polega na wymienieniu pięciu tytułów, które są w miarę łatwo dostępne i które mogą być czytane przez osoby nieobeznane z komiksem. Następnie trzeba wskazać kolejne pięć osób do podania swoich typów.

Najpierw więc moje typy:
1. Szninkiel - Rosiński, Van Hamme (Egmont) - pierwsza rzecz, jaka przyszła mi na myśl. To bardzo dobry komiks, do polecenia każdemu.
2. Wieczna wojna - Haldeman i Marvano (Egmont) - mam nadzieję, że jeszcze gdzieś do dostania. Świetnie opowiedziane, znakomicie narysowane, na poważnie i z sensem przeciwko wojnie.
3. Przybysz - Tan (Kultura Gniewu) - jak się poszuka, to się gdzieś pewnie kupi. Piękne pod każdym względem, wzruszające, nie sposób przejść obojętnie.
4. Calvin i Hobbes - Watterson (Egmont) - znakomita seria humorystyczna dla młodych, starych, optymistów i pesymistów.
5. Osiedle Swoboda - Śledziński (Kultura Gniewu) - o życiu codziennym w Polsce, ale ciekawie. Powiedziane wprost, narysowane z młodzieńczym wigorem.

Powyższe tytuły polecam każdemu z moich znajomych, którzy po komiksy nie sięgają albo kojarzą je tylko z Tytusem, Żbikiem albo Thorgalem. Miłej lektury!

A do zabawy (która wcale nie jest zabawą samą w sobie) nominuję: Rafała Zielińskiego (sklep-komiksowy.pl), Roberta Trojanowskiego (tramen.blox.pl), Nikodema Cabałę (Biocosmosis), Michała Błażejczyka (Zeszyty Komiksowe) i Jarka Obważanka (Wrak.pl)

środa, 22 października 2014

Muzyczne rozkosze #19: Camouflage - The Box 1983-2013


Nie jest to co prawda nowość, bo wydawnictwo zeszłoroczne, ale Camouflage lubię, a box podsumowujący 30 lat ich działalności wart jest zainteresowania. Eleganckie pudełko skrywa dziesięć płyt kompaktowych oraz dwie książki. Zacznijmy od tych ostatnich. 66-stronicowy Picturebook - zgodnie z tytułem - wypełniony masą zdjęć z całej kariery zespołu, ale zawierający też opisy i wypowiedzi muzyków - wydany jest w twardej oprawie i prezentuje się naprawdę elegancko. Kupiony w pre-orderze sygnowany jest podpisami członków grupy. Druga książka, już w miękkiej okładce, to ułożony alfabetycznie zbiór wszystkich utworów Camouflage (ale i tu nie brakuje ciekawych fotografii).

Płyty opakowania mają tekturowe, składane na pół. Na froncie każdego z nich jest kolejna litera nazwy zespołu. Pod siedmioma literami CAMOUFL ukrywają się studyjne krążki niemieckiego trio. Wszystkie nagrania zremasterowano, co słychać zwłaszcza w przypadku pierwszych albumów - poprawiona jakość dźwięku jest jak najbardziej wyczuwalna.


Ostatnie trzy płyty to materiały dodatkowe. Krążek numer osiem nosi tytuł Areu Areu. Pierwotnie wydany w nakładzie tysiąca egzemplarzy nie był w ogóle sygnowany nazwą Camouflage, a w serwisach aukcyjnych osiągał pokaźne ceny. Na płycie znalazło się pięć utworów: Day Tripper The Beatles, Ricky's Hand Fad Gadget, I'm Your Money Heaven 17 połączone z Tora! Tora! Tora! Depeche Mode, Cold The Cure oraz camouflage'owy Mr.X/Modern Technology. Na płycie z numerem dziewięć i literką G na okładce, dostajemy szesnaście nagrań live, pochodzących z lat 1985-2013 (w tym Suspicious Love zarejestrowane w hotelowym pokoju w Buenos Aires). Natomiast ostatni krążek, chyba najciekawszy, to zbiór nagrań demo Camouflage z lat 1983-1988. Wszystkie zostały nagrane na dwu lub czterościeżkowych magnetofonach. Słychać sporo inspiracji (zwłaszcza w najstarszych utworach), nie wszystko się broni, ale i tak słucha się tego całkiem przyjemnie.

Zabrakło mi w tym boksie dwóch rzeczy. Płyty dvd z teledyskami oraz choć jednego krążka z remiksami. Przydałyby się, prawda? Ale i tak otrzymaliśmy wydawnictwo wartościowe i jak najbardziej godne polecenia.

piątek, 25 kwietnia 2014

25 lat pisania

Kwiecień 1989 roku. Nie zapisałem nigdzie, który to był konkretnie dzień. Ale właśnie w kwietniu, 25 lat temu, ukazał się drukiem mój pierwszy tekst w prasie. Byłem wtedy w drugiej klasie liceum i miałem 16,5 roku. Publikowanie w Świecie Młodych było moim marzeniem. Marzeniem, które udało się spełnić!

Debiut na łamach Świata Młodych.
Po latach zupełnie przypadkiem dowiedziałem się, że mój prasowy debiut wywołał w lokalnych szeregach harcerskich niemałą burzę. Start miałem więc mocny. W Świecie Młodych trafiłem pod skrzydła Ewy Kosińskiej, której zawdzięczam to, że zostałem dziennikarzem i odnalazłem się w tym fachu. Zawdzięczam jej też milion innych rzeczy - dziękuję! Do Świata Młodych pisałem do 1993 roku, czyli do zamknięcia tytułu.

Zaproszenie na jedne z warsztatów dziennikarskich
organizowanych przez Świat Młodych.

Słynny, depeszowski wywiad z Markiem Sierockim.

Od lewej: Chmielu, Robi, Wojtek i ja - młodzi reporterzy
szukający na łamach swoich tekstów. :)

To na łamach ŚM powstał duet Pik i Robi,
bawiący się w historyjki obrazkowe.
Po upadku Świata Młodych (mieszkałem już wtedy w stolicy), wspólnie z ekipą poznaną dzięki tej gazecie, redagowałem dość nieregularny magazyn O Wszem. Udało nam się zrobić dziesięć numerów pisma.


Oczywiście pisywałem to tu, to tam, zarabiając na życie (udało mi się nawet pracować przez dłuższy czas na 2/3 etatu jako specjalista ds. informacji w dużej organizacji społecznej, jednocześnie uczęszczając na studia dzienne na Wydziale Dziennikarstwa i Nauk Politycznych UW).

Jak było trzeba, zostawałem specjalistą od spraw
budowlanych, pisując do pisma Konstrukcje.
W 1998 roku przeprowadziłem się do Łodzi i niemal z marszu udało mi się dostać pracę w Dzienniku Łódzkim. Pracowałem w dziale miejskim i wojewódzkim, znowu w miejskim, pisując oczywiście i większe teksty. Z Darkiem Pawłowskim redagowałem cotygodniową rubrykę dla młodzieży Młode Strzelby.

W pisywałem też o depeszowcach.
Po rozstaniu z DŁ przez kilka lat prowadziłem prasowo-fotograficzną Agencję J&K, wspólnie ze Sławkiem Jarmuszem. Sprzedawaliśmy teksty i zdjęcia, głównie do pism kobiecych, plotkarskich i telewizyjnych. Obsługiwaliśmy fotograficznie tytuły lokalne, jak choćby Dzień Dobry. Pod koniec działalności mieliśmy stałego współpracownika w Łodzi (pozdrawiam Maćka) i kilkunastu korespondentów w całej Polsce.

 Pisanie takich tekstów to wcale nie był łatwy kawałek chleba.
O tej aferze nie sposób było nie pisać,
będąc dziennikarzem w Łodzi.
Potem, wspólnie ze wspomnianym Sławkiem, trafiłem do łódzkiego oddziału Faktu, a etatową pracę w mediach zakończyłem na byciu korespondentem "niebieskiego" Dziennika. W 2006 roku rozpocząłem pracę w Łódzkim Domu Kultury, gdzie też parałem się dziennikarstwem, redagując chociażby serwis Reymont.pl.

Dyżur w Fakcie.

Przez te 25 lat bardzo dużo pisałem (i nadal pisuję), o muzyce i komiksie, a zwłaszcza o tym drugim. Jak tylko mogłem, przemycałem komiks na łamy Dziennika Łódzkiego. Regularnie pisywałem do Pulsu Studenta, w Slajdzie miałem stałą rubrykę pt. Karton (obydwa pisma już się nie ukazują, ale to nie przez mnie :)

O komiksach w Pulsie Studenta.
Komiksowa rubryka w Slajdzie.
Prawdziwą przyjemnością było redagowanie, wspólnie z Tomkiem Tomaszewskim, Tomkiem Piorunowskim i Romkiem Kilisiem, magazynu Arena Komiks oraz serii Zarysowane Zeszyty. Przyjemnością, choć okupioną niewyspaniem, jest tworzenie (od 2001 roku) gazetki festiwalu komiksu pt. eMeFKa News. I wreszcie, przyjemnością jest znalezienie odrobiny czasu i napisanie czegoś od czasu do czasu na blogu. Bo lubię pisać. :)

wtorek, 22 kwietnia 2014

Muzyczne rozkosze #18: Meier i Blank, czyli Yello solo



Nie ma co, Dieter Meier dał czadu! Solowy debiut płytowy w wieku 69 lat! I w dodatku zaserwował bardzo atrakcyjny zestaw utworów, brzmieniowo dość odległy od podkładów, do których śpiewa w Yello. Dzięki wielu utworom z krążka Out of Chaos bliżej Meierowi do rockowych bardów, śpiewających w zadymionych klubach, niż do wokalisty duetu, z którym jest dość jednoznacznie kojarzony. Sporo utworów, takich jak chociażby Loveblind czy The Ritual, to dreszczotwórcze ballady ze skromnym, surowym akompaniamentem. Nie ucieka jednak Dieter całkowicie od muzycznej przeszłości. Na płycie pojawił się więc szybki Jimmy z mocnym bitem czy niemal kabaretowy Buffoon. Bardzo przyjemnie słucha się tej płyty.

Jeśli jednak ktoś spragniony jest sterylnych brzmień generowanych w Yello przez Borisa Blanka, to nic straconego. Muzyczny mózg szwajcarskiego duetu nagrał krążek z Malią - wokalistką, która ma za sobą współpracę z Yello przy okazji kompilacji Yello by Yello. Na Convergence znalazło się dziesięć kompozycji Blanka z tekstami Malii (w tym Tears Run Dry ze wspomnianej składanki) oraz udany cover słynnego Fever. Album jest spokojny, nastrojowy, a głos urodzonej w Malawi wokalistki świetnie komponuje się z dźwiękami wygenerowanymi przez Blanka. Niektóre utwory są mocno "filmowe", takie Magnetic Lies z powodzeniem mogłoby otwierać kolejnego Bonda. Zresztą - i na płytach Yello takich "filmowych" wycieczek nie brakuje. Albumu Covergence słucha się bardzo przyjemnie. Gorąco polecam obydwa krążki!